RSS
środa, 16 września 2015
"Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie." - recenzja

Prawdopodobnie nie jestem grupą docelową tej książki, gustuję raczej w podręcznikach dla fachowców. Keszka nie jest seksuologiem, za to jest po prostu kobietą z dużym doświadczeniem seksualnym. Jest oczytana w tematyce i ma dość lekkie pióro. Tym bardziej zaskakuje więc fakt, że jako motta poszczególnych rozdziałów niezmiernie często wybiera ona cytaty... z siebie i nachalnie chwali swoje sklepik i książkę na kartach... własnej książki.

Pozycję tę przeczytałam w szczególnym dla mnie czasie, w zasadzie zdobywając nowe doświadczenia seksualne. Sprawiło to niechybnie, że spojrzałam na zawarte tam treści w innym świetle. I choć zaskoczyło mnie, że autorka dwukrotnie wprost atakuje prof. Lwa-Starowicza, to doceniam również jej niewątpliwe oczytanie w materii seksuologicznej, choćby miała to być raczej literatura dla osób chcących lepiej cieszyć się seksem niż pracujących w kontekście klinicznym seksuologów.

Gdybym spotkała autorkę osobiście, prawdopodobnie wystraszyłabym się jej. Boję się kobiet krzyczących o seksie. Uważam, że ćwiczenia mięśni Kegla czy odpowiedni dobór wibratora są ważne, ale jednocześnie ze sceptycyzmem i lękiem odnoszę się do osoby, która zamieszcza na ten temat filmiki w sieci i zachwyca się malowaniem podobizn żeńskich narządów płciowych. Nawiasem mówiąc, mówienie, że pochwa jest widoczna w lusterku jest grubym błędem merytorycznym (takim, którego Starowicz pewnie by jednak nie popełnił;)). Otóż po odpowiednim ustawieniu lusterka zobaczyć można co najwyżej srom, ewentualnie błonę dziewiczą, ale nie pochwę. Gdyby obejrzenie tego kanału było tak łatwe, ginekolodzy nie potrzebowaliby wzierników.

Jednocześnie podobają mi się zdjęcia autorki z dobrej jakości wibratorami jak choćby to widniejące na okładce. Uważam, że faktycznie służy to przełamaniu jakiegoś tabu wokół gadżetów erotycznych w ogóle. Ponadto, przyznacie, że jest to niecodzienna ekspozycja wibratora, który przedstawiany jest zazwyczaj raczej w kontekście kadrów z filmów porno lub (druga skrajność!) neutralnych filmików promocyjnych, jakie firmy zamieszczają na Youtube. No przyznajcie, ile razy widzieliście dobrze wykonany wibrator trzymany niczym egzotyczny kwiat w kontekście uśmiechniętej kobiecej twarzy?

Wziąwszy poprawkę na to, co napisałam na początku, czyli że książka prawdopodobnie w ogóle nie jest adresowana do osób takich jak ja, uważam, że dobrze się stało iż w ogóle została ona wydana. Wiele zawartych w książce rad, zadań do wykonania, ćwiczeń, ma wszelkie szanse przynieść obiecywane rezultaty. Są one zgodne ze sposobem wprowadzania oddziaływań np. w psychoterapii poznawczo-behawioralnej, a jednocześnie podano je w tak strawnej formie, że pewnie wiele kobiet spróbuje zmienić nawyki, bardziej otwarcie się komunikować, czy wreszcie zweryfikuje swoje przekonania na temat seksu. Podejrzewam również, że po taką literaturę sięgną kobiety ( i mężczyźni!), którzy nie zainteresowaliby się podręcznikiem seksuologii. Mimo przydatności zawartych rad, drażnił mnie ton wielkiej odkrywczości autorki, choć przecież przyznaje ona, że swoje porady opiera na tym, co wcześniej sama przeczytała. Mówi ona m.in. o technice, w której każdy z partnerów ma „swoje” dni w tygodniu, kiedy to spełnianie jego oczekiwań ma priorytet. Technikę taką, nazywając ją techniką świąt, opisuje w swoich książkach sprzed 20 lat Lew-Starowicz, który przecież jest również psychoterapeutą.

Ostatecznie, książkę jednak polecam, szczególnie osobom, które chcą zmienić coś w swoim podejściu do seksu, związków, czy, co za tym idzie, polepszyć jakość swojego seksu. Warto spróbować, i tak nie stanie się nic, na co byście sami nie wyrazili zgody. Mocną stronę książki Keszki stanowi także to, że przedstawia ona kobiecą perspektywę, której brakuje w polskim dyskursie na ten temat. Niejednoznaczny pozostaje dla mnie jednak profil adresata, którego autorka sobie wyobrażała pisząc swoje słowa. Pozycję wydano w wydawnictwie, które przywodzi raczej skojarzenia z przewodnikami turystycznymi. Tytuł sugeruje coś lekkiego, wrażenie to podtrzymuje nieoczywista okładka czy komunikatywny i dowcipny w gruncie rzeczy styl, w jakim napisano poszczególnie rozdziały. Pomiędzy tą lekkością znajdziemy jednak konkretne techniki pomocne przy rozpoznawaniu czy wręcz rozwiązywaniu określonych problemów związanych z seksem i relacjami. W odpowiednim kontekście z samych technik czy biblioterapii daną książką mógłby skorzystać wykwalifikowany terapeuta, któremu także nie zaszkodzi zapoznanie się z tą pozycją, choćby i po to, żeby wiedział co chce ewentualnie skrytykować ;)

niedziela, 06 września 2015
W moim życiu zmiany na gorsze

Nie lubię zmian, większość ludzi nie lubi zmian. A szczególnie takich zmian na gorsze. W ciągu jednego tygodnia jedno z moich miejsc pracy zmieniło lokalizację. Co z tego, że siedziba ładna i po remoncie, skoro zupełnie nie przystosowana do profilu prowadzonej w niej działalności? Po drugie, zmieniono mi rozkłady jazdy. Komunikacja miejska w mojej dzielnicy miała się rozwinąć, a tymczasem z mojej perspektywy zmiany zaszły na gorsze. Przynajmniej ja mam gorszy dojazd w istotne dla mnie lokalizacje. Wynika z tego, że czeka mnie kolejna zmiana. Mianowicie zrobienie prawa jazdy. Jednak to wszystko nie byłoby jeszcze takie najgorsze. Okrężną drogą zmierzam do opowiedzenia Wam o zmianie naprawdę dla mnie dramatycznej, która zainicjowała się dokładnie tydzień temu. Od tego czasu starałam się być permanentnie zajęta, gdyż odkryłam, że to najlepiej przeciwdziała pesymistycznym ruminacjom.

Równo tydzień temu odebrałam niespodziewany SMS. Wiadomość po trzech latach od tajemniczego przerwania kontaktu pod byle pretekstem. Kontaktu, który był dla mnie naprawdę ważny i bliski. Łączyło nas bardzo wiele, ale gdy zaczęło łączyć zbyt wiele, w relacji pojawiły się trudności. Przestaliśmy się do siebie odzywać z błahego powodu. Początkowo powitałam perspektywę odnowienia znajomości z ogromnym entuzjazmem, potem było tylko gorzej. Coraz gorzej czułam się też ze sobą. Byłam zła, że wszystkie moje uczucia sprzed trzech lat odżyły, że wystarczy pstryknąć w palce a ja gotowa jestem na przeprowadzenie rewolucji we własnym życiu. Żebyście tylko widzieli te moje fantazje erotyczne! Krótkotrwale zaczęłam funkcjonować na przyjemnym endorfinowym rauszu i przypomniałam sobie, że mam jakąś seksualność.

Odbyła się jedna rozmowa telefoniczna, która zbiła mnie z tropu. Okazało się bowiem, że jedynie ja kocham, zaś odświeżający znajomość właśnie nie dość, że rozważa odległy wyjazd, to jeszcze planuje wejście w nowy związek. Wyobraźcie sobie jak bardzo mnie to pogrążyło. Ponadto okazało się, że obie strony rozwinęły się psychicznie i zupełnie zmieniła się dynamika relacji między nami. Zastanawiałam się po co w ogóle odzywać się po tak długim czasie, żeby mi się chwalić jak dobrze sobie człowiek radzi w życiu. I dlaczego właśnie w tym momencie tego życia? Bardzo mnie to zraniło.

Mimo początkowej chęci na kontakt osobisty (innych nie uznaję, szkoda mi czasu na pseudorelację przez wiadomości tekstowe), zdecydowałam się z niego zrezygnować. Bałam się, że przy spotkaniu ośmieszę się, albo że będę miała ochotę się powiesić z rozpaczy. Stwierdziłam, że najważniejsze dla mnie jest dbanie o własne zdrowie psychiczne. Pracuję sobą na co dzień, zależy mi na tym, by moje narzędzie pracy było w najlepszej formie i jak najlepszej jakości. Zadzwoniłam by powiedzieć, że jednak się nie spotkamy. Ani teraz, ani nigdy. Uzyskałam naiwne zapewnienia o miłości, która była kiedyś, a teraz już jej nie ma, o aktualnym braku chęci do związku ze mną i jednoczesnym żalu że związek ten nigdy nie miał miejsca, a na koniec pytanie na które nie chciała udzielać odpowiedzi. Czyli, czy stała mi się jakaś krzywda przez to, że kontakt ten został odnowiony.

Owszem, boli mnie jak diabli i jestem wściekła, że po raz drugi dałam sobie złamać serce. Czuję do siebie obrzydzenie, że okazałam się tak naiwna. Nie chciałam jednak o tym mówić. Po co, skoro i tak nie będziemy w relacji? Reflektując o tym już wiedziałam, że będę potrzebować kogoś, żeby mi pomógł się z tym uporać. Zmiecie mnie na szufelkę i poskłada potem jak układankę. Dużo później wpadłam na pomysł opisania tego tutaj. Tym razem po to, by podzielić się dobrem, które wynikło z tego epizodu. Po kilku dniach znalazłam w sobie także wdzięczność za to, że człowiek ten odezwał się do mnie po tym czasie, choć motywacja tego czynu pewnie do końca pozostanie dla mnie niejasna. Dostałam swoje domknięcie tak nagle przerwanej relacji. Dowiedziałam się, że byłam ceniona za intelekt, ale i kochana, choć zawsze miałam co do tego wątpliwości. Przez czas rozstania moje mechanizmy obronne były tak silne, że zupełnie zapomniałam o tym, że wciąż mam w pamięci urządzenia numer telefonu tej osoby i niezliczone SMS-y o jawnie erotycznej treści.

Staram się sobie z tym wszystkim radzić nie tylko przez wzmożoną aktywność. W gruncie rzeczy, wraz z upływającymi dniami, wyciągam z tej niecodziennej sytuacji coraz więcej pozytywnych aspektów, choć gdybym miała wybierać, oczywiście wolałabym, żeby mi się nic tak przykrego nie wydarzyło. Przede wszystkim dostałam ogromnego kopa do działania. Jeszcze częściej wychodzę do ludzi, częściej się do nich uśmiecham, mniej zamykam się na kontakt z innymi. Kiedy wchodzę do pubu nie sięgam od razu po książkę (sic!), ale raczej rozglądam się za znajomymi twarzami. Założyłam sobie konto na Facebooku i choć organicznie tego medium nie znoszę (nie ufam, czuję się śledzona, nie ogarniam ustawień prywatności, wciąż nie wiem czy inni widzą moją datę urodzenia w profilu czy nie), to nawet zamieściłam tam swoje autentyczne zdjęcie. Mam nadzieję, że ułatwi mi to nawiązywanie realnych kontaktów. Zwłaszcza, że w polubione wrzuciłam wszystkie instytucje kulturalne, które regularnie odwiedzam. Zamierzam umówić się na spotkanie (randką tego nazwać nie śmiem) z mężczyzną. A przede wszystkim zyskałam kontakt z emocjami w sobie, które dotychczas były dla mnie niedostępne. Zapomniałam już, że mogę czuć zakochanie, a nawet czułam się nienormalna i gorsza od innych ponieważ było ono dla mnie niedostępne. Poczułam tęsknotę i ból rozstania. Łatwiej jest mi to dostrzegać w innych ludziach i rozumieć ich. Pojęłam już jak to się dzieje, że zakochani ludzie podejmują nieracjonalne, nawet szkodliwe dla nich decyzje. Stałam się łagodniejsza dla świata, a przez to i dla siebie samej.

Piszę tu o własnych uczuciach nie dlatego, że tak trudno je w sobie pomieścić, ale raczej gdyż jestem dostatecznie silna by się im przyglądać, porządkować, czerpać z nich i dzielić się tym procesem odkrywania.

Nie dostałabym tego wszystkiego w tak krótkim czasie, gdyby nie wydarzyły się w moim życiu wszystkie te zmiany na gorsze. Czy na pewno tylko na gorsze?