RSS
wtorek, 20 września 2016
Znów o pracy

Ja już naprawdę chciałam przestać, zmienić temat, zająć się czymś bardziej rozwojowym, napisać o konferencji na której niedawno byłam, albo o feministkach, które spotkałam, ale nie... będzie o pracy. W końcu tam spędzamy przynajmniej połowę dorosłego życia w wieku produkcyjnym. Przepraszam, muszę wylać swoje żale, bo mam wrażenie, że w przeciwnym razie grozi mi szaleństwo.

Od czasu kiedy żaliłam się tutaj kilka miesięcy temu, że bezskutecznie szukam pracy, wiele się w moim życiu zmieniło. Znalazłam nowe miejsca, dobrze mi się tam pracuje. Jedną szefową polubiłam szczególnie, chciałabym ją lepiej poznać i mam nadzieję, że mi się to uda. Jednokrotnie nawet mi się ta szefowa śniła, co nie jest dla mnie częstym fenomenem. Generalnie pozytywnie i konstruktywnie. Skąd zatem smutek?

Minął mój okres wypowiedzenia i ostatecznie rozstałam się z miejscem pracy, które rzuciłam. Odeszłam cicho, zabrałam wszystkie swoje rzeczy żeby przypadkiem nie mieć potrzeby tam wracać. Szefowa mnie nie żegnała. Było jej obojętne, że rezygnuję. Nie było za to obojętne współpracownikom w zespole, którym się specjalnie odejściem nie chwaliłam żeby nie robić performansu. Okazało się, że plotki wszędzie dotrą i że współpracownicy jednak wiedzą. I mają na ten temat jakieś opinie. Usłyszałam masę miłych i wspierających rzeczy od osób, o których myślałam że mnie nie lubią. Rzekomo jestem mądra, pracowita, dobrze się ze mną współpracuje. No generalnie prawie nikt nie chciał się ze mną rozstawać. Miłe, ale rodzi pewien dysonans. W moim odczuciu było mi tam źle, traktowano mnie niesprawiedliwie i niepotrzebnie stawiano w trudnych sytuacjach. Zamiast słyszenia komunikatów pozytywnych na odchodne, wolałabym je słyszeć podczas pracy tam i mieć z niej jakąkolwiek satysfakcję. Paradoksalna sytuacja, z której ostatecznie wyszłam. Czuję raczej ulgę, choć i pewien żal, że teraz będę zarabiać mniej. Teoretycznie miałabym więcej czasu na inne aktywności, ale doświadczenie wskazuje na to, że go w ten sposób nie wykorzystuję. Jest tyle nowych zainteresowań, które chciałam realizować i niestety nie udało mi się do tego zabrać przez ostatnich kilka miesięcy.

Obecnie pracuję w nieco innym rytmie, bo wybrałam się na staż, który jest mi w jakimś sensie potrzebny i wykorzystuję go instrumentalnie ile wlezie. Niestety sama także czuję się traktowana przedmiotowo. Zamiast samorealizacji w ramach wolontariatu, mam pracę poniżej własnych kwalifikacji w ramach wolontariatu. Czyli ani satysfakcji, ani płacy (w kolejności ważności). Bo ja naprawdę nie wymagam wiele, tylko docenienia mojej pracy i wykorzystywania moich umiejętności, które to są w zespole powszechnie znane, a mimo to traktuje się mnie jak studenta, a nie osobę z kilkunastoma latami doświadczenia. Potem całymi dniami jestem smutna i jem byle co. Trudno się zmienia własną sytuację w takim samopoczuciu, ale podejmowałam wysiłki, z zaplanowanych wyjść kulturalnych i aktywności fizycznych udało się zrealizować tylko to drugie. Mam solidne zakwasy po godzinie biegania z obciążeniem. Niestety, nijak mi to nastroju nie zmieniło na lepsze. Zamiast próśb i gróźb oraz podejmowania niecnych prób zastraszania postanowiłam zmienić strategię i zweryfikować swoje przekonania. Niestety, okazało się, że wszyscy widzą, że w zespole jestem najlepiej wykształconą ścierką do butów jaką kiedykolwiek mieli. Jak łatwo się domyślić nie poprawiło to mojego samopoczucia, za to poprawiło kontakt z rzeczywistością.

Największa bomba spadła jednak na mnie dzisiaj, kiedy po prawie roku odezwała się do mnie była szefowa i zaproponowała mi pracę. Kłamiąc i mamiąc pustymi obietnicami dała mi "propozycję nie do odrzucenia". Mianowicie pracę na cały etat, z dodatkowymi obowiązkami, brakiem możliwości samorealizacji, ogromnym zakresem odpowiedzialności, żeby się tego podjąć musiałabym zrezygnować z prac, które obecnie mam,a zarabiałabym... 3 razy mniej. Jakbym mi ktoś w twarz dał. Instytucja, która się wali i z której wszyscy odchodzą szuka personelu w ten sposób, że odzywa się do ludzi, którzy z niej odeszli tylko trochę wcześniej. Jak sobie pomyślę, że niecały rok temu ta kobieta palcem nie kiwnęła żeby mnie tam zatrzymać, a obecnie proponuje mi coś takiego (w moim odczuciu jeszcze gorszego) to mi się wszystkie scyzoryki w kieszeniach otwierają.

Czy ludzie są głupi, czy to ja mam tak głupawy wygląd, że dawane mi są takie oferty?