RSS
środa, 30 października 2013
Pani się rozmienia na drobne

Ostatnio tu nie pisałam, choć o blogu nie zapomniałam. Zwyczajnie pracuję i jeżdżę tak wiele, że nie znalazłam czasu na sklecenie choćby kilku sensownych zdań, a jeśli nawet miałam czas to byłam wtedy poza zasięgiem.

Stawiam także na rozwój zawodowy. Nieustannie podnoszę kwalifikacje, co jest niekończącym się procesem. Aktualnie biorę udział w rekrutacji, od której efektów zależy, czy nadal będę te kwalifikacje pompować czy nie. W toku rekrutacji poproszono mnie o zebranie jak największej ilości dokumentów potwierdzających moje osiągnięcia. No to zebrałam. Nie tylko z powodu objętości, ale także w związku z nawałem obowiązków wszelakich, kolekcjonowanie i kserowanie dokumentacji zabrało mi trzy dni. Sporo, prawda?

Pracowicie kserowałam to paskudztwo nocami prawie płacząc i czując się jak Kopciuszek oddzielający mak od piasku, podczas kiedy inni smacznie sobie śpią. Uczucie piasku pod powiekami było nader realne. Uderzyło mnie, że nie czuję się dumna i że większość z tego, co kseruję tak naprawdę zdarzyło się bardzo dawno temu. Nie chronologicznie dawno, bo najstarsze dokumenty liczą sobie zaledwie kilka lat, ale psychologicznie dawno. Jestem zupełnie inną osobą niż byłam kilka lat temu. Mam skromną nadzieję, że dojrzałam, wyrobiłam sobie własne poglądy na wiele kwestii, stałam się odważniejsza, bardziej autonomiczna i samodzielna.

Owszem, niektóre z tych osiągnięć pamiętam, ale większość z nich budzi mój smutek czy zawstydzenie. Problem sprawiała mi selekcja dokumentów, bowiem w moim odczuciu naprawdę nieliczne z nich były ważne, tymczasem wiem, że komisja będzie miała znacznie bardziej liberalne zdanie. Z żalem wspominałam, że na większości uroczystości rozdania rozmaitych dyplomów nawet mnie nie było. Na ostatnich latach studiów starałam się już na te uroczystości chodzić, bardziej się ucywilizować. Trenowałam cieszenie się osiągnięciami, nagradzanie ich. W krytycznych sytuacjach na uroczystość zapraszałam kogoś ważnego żeby mi towarzyszył i wtedy wiedziałam, że nie znajdę w ostatniej chwili wymówki by nie przyjść.

Jedynym czynnikiem niezmiennym jest samotność. Wtedy mi ona doskwierała, a teraz w zasadzie boli jeszcze bardziej. I nie pomagają zapewnienia niektórych, że zyskuję przy bliższym poznaniu. Życie innych idzie do przodu, rodzą kolejne dzieci, wchodzą w związki, a ja jakbym się zgubiła. Ilość dyplomów i przeintelektualizowanie nie ułatwiają mi zbytnio rozwiązania tej kwestii. Z biegiem życia zaczynam rozumieć co jest naprawdę ważne i chcę się na coś zdecydować, znaleźć jakąś równowagę w życiu. Tymczasem rozdarta pomiędzy różnorodnymi motywami gubię się gdzieś i zanikam.

Czarę goryczy przelały dziś słowa znajomej psycholog, która znając mnie od lat i widząc objętość dokumentów postanowiła mi udzielić przyjacielskiej rady. Przyjacielska rada w języku przedstawicieli tej profesji nader często jest synonimiczna z interwencją terapeutyczną, więc zesztywniałam w oczekiwaniu. Otóż pani spojrzała z politowaniem na torbę podróżną pełną teczek i poleciła mi, bym nie rozmieniała się na drobne. I, niestety, ja bardzo szybko się poddałam i doszłam do wniosku, że ona ma rację.

Z jednej strony zauważam, że wiele nieużywanych informacji zapominam, za to jestem na bieżąco z wiedzą, której codziennie używam. Wybór danej drogi zawodowej niezmiennie nas zawęża, ale z drugiej strony ja staram się z tym zawężeniem walczyć, np. spotykać się z przedstawicielami innej branży. Szukam inspiracji w innych dziedzinach. Ale może faktycznie po drodze rozmieniam się na drobne i tak naprawdę potrzebuję trenera rozwoju osobistego, który właściwie ukierunkuje moje działania (będzie wiedział co jest dla mnie dobre lepiej niż ja sama?)?

23:57, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 października 2013
Kupiłam torebkę

Jeśli zajrzałaś tutaj tylko dlatego, że wciąż podejrzewasz, że ten tytuł to jakaś inteligentna gra słów i ma drugie dno, a same torebki nic a nic Cię nie interesują to opuść czym prędzej ten wpis. Na przykład oczko niżej znajduje się naprawdę merytoryczny i wartościowy wpis. Ja naprawdę chciałam tylko i aż podzielić się z Wami radością z dokonania zakupu torebki.

Co w tym zakupie takiego niezwykłego? Otóż jest to moja pierwsza torebka w życiu. Od niedawna zaczęłam czuć potrzebę posiadania torebki. Zainteresowało mnie, jakbym się czuła z tym atrybutem kobiecości. Czy będę bardziej kobieca? Jak będą mnie odbierać obcy ludzie? Czy naprawdę torebka jest tak niewygodna, jak to sobie wmawiałam przez ostatnie lata?

Od dwóch tygodni oglądałam torebki. Nieco zmotywował mnie fakt poszukiwania torby na 13-calowego ultrabooka. Nie znalazłam nic spełniającego moje oczekiwania co pchnęło mnie w kierunku poszukiwania torebki na laptopa. Nie ma piękniejszego sposobu na rozwijanie własnej kobiecości, prawda? :)

Dzisiaj dokonałam wyboru. Torba jest czarna. Zastanawiałam się nad czerwoną, ale w końcu nie zaryzykowałam. przyglądałam się także torbie, która na oko mieściła ze 30 litrów, ale w porę przywołałam siebie do porządku. Generalnie już zaczynacie rozumieć, że nie było mi łatwo. Zwłaszcza, że teraz torebkom dzieje się coś dziwnego i często dostają ćwieków. Nie chciałam ćwieków.

Nabyta przeze mnie torba jest zatem czarna, bez zbędnych ozdobników, z dużymi uszami i paskiem do noszenia na ramieniu. Można by ją pomylić z torbą listonosza czy męską torbą z dermy, ale skoro ma napisane na metce, że jest to torba damska, to przecież nikt nie powinien się mnie czepiać, prawda? Potrzebowałam czegoś przejściowego pomiędzy plecakiem, a krzykliwą lakierowaną torebką.

Laptop mieści się w torbie świetnie, dziś zamówiłam do niego pokrowiec. Szkoda tylko, że zdecydowałam się na to tak późno, bo przez to dotrze on do mnie kurierem dopiero po weekendzie. A tymczasem to w weekend mam szkołę i w torbie chciałam przenieść laptopa. Będę musiała sama sobie radzić. Uciążliwe jest też przekładanie wszystkich istotnych rzeczy między dwiema torbami. Prawdopodobnie w ciągu najbliższych dni wyklaruje się, którą z nich preferuję.

Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że przyjdzie taki dzień, w którym sprawię sobie torebkę.

Tagi: refleksje
23:47, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 października 2013
Bliskość

Takie krótkie słowo, a potrafi być tak bardzo problematyczne. Jak często zastanawiacie się nad bliskością? Bo ja ostatnio coraz częściej. Nie są to refleksje bezproduktywne. Wręcz przeciwnie, prowadzą mnie coraz głębiej i tymi właśnie wnioskami zamierzam się z Wami podzielić - bo Was lubię. A także pewnie dlatego, że i pisanie tego bloga jest dla mnie jakąś ekspresją dążenia do bliskości. W końcu jest to akt komunikacji nastawiony na wywołanie pewnej reakcji, uzyskanie informacji zwrotnej, sprowokowanie do wymiany poglądów/ doświadczeń.

Mam na myśli taką bliskość w relacjach, a nie zależności geograficzne, choć powiązania między tymi dwiema także się znajdą. Przykładowo, związki na odległość rzadko się utrzymują na dłuższa metę, a ludzie poznają swoich partnerów w bliskim sąsiedztwie własnego miejsca zamieszkania. Im częstszy przygodny kontakt, tym większe szanse na stopniowe zacieśnienie więzi, a zatem i na większą bliskość. Dzieje się to dość intuicyjnie i naturalnie, o ile tylko pierwsze wrażenie nie było skrajnie negatywne.

Nasze podejście do bliskości wynosimy z domu, budujemy na podstawie tego jak traktowano nas w dzieciństwie. W pierwszym półroczu życia kształtują się u nas tak zwane style przywiązania stanowiące matrycę bliskich związków tworzonych w życiu dorosłym. Większość z nas rozwija bezpieczny styl przywiązania. Osoby takie maja zaufanie do innych i nie boją się, kiedy również inni chcą to zaufanie odwzajemnić. Mniejsza frakcja prezentuje styl unikający charakteryzujący się trudnościami z zaufaniem innych, czy przyjmowaniem cudzych zwierzeń. Najmniej osób ma styl lękowo-ambiwalentny, który swoim kompulsywnym domaganiem się bliskości potrafi zadręczyć najcierpliwszego partnera. W naszych głowach rozwija się wewnętrzny model operacyjny, który zawiera założenia dotyczące tego, jacy w bliskich relacjach jesteśmy my i ta druga strona. Dobrze jeśli przekonania te nie odbiegają od rzeczywistości. Podświadomie szukamy bowiem osób, które potwierdzają założenia tego modelu, co z góry potrafi utrudniać ekspozycję na ewentualne doświadczenia korektywne.

Zarówno unikanie bliskości potrafi być źródłem cierpienia, gdyż rodzi frustrację i samotność, jak i bywa nim nadmierne i zbyt szybkie zbliżanie się do innych. Osobowość histrioniczna zalewając nas intymnymi szczegółami swojego życia po pierwszych pięciu minutach znajomości nie wzbudzi raczej naszego współczucia, czy szczerego zainteresowania. Osobowość borderline impulsywnie wiąże się z wątpliwej jakości matrymonialnej partnerami, gdyż tak bardzo boi się samotności. Dla pozbycia się tej samotności gotowa jest nawet zrezygnować z siebie, a raczej przywdziać alternatywną tożsamość, by przypodobać się partnerowi. Potem dziwi się, że związek budowany na takim fundamencie zbyt szybko się rozpadł, a co za ty idzie ponownie skonfrontował z... samotnością.

Rodzimy się sami i umieramy sami. Pomiędzy tymi dwoma krańcami istnieje nieskończenie wiele odcieni bliskości i intymności. Intymność to jeden z trzech składników miłości romantycznej, obok namiętności i zaangażowania. Przynajmniej tak głosi teoria Sternberga. Mimo początkowego defetyzmu, z jakim odnosiłam się do kwestii (nie)zmienności stylów przywiązania, istnieją doniesienia naukowe dotyczące możliwości wzajemnego kompensowania sobie tych deficytów w intymnym związku. Nawiasem mówiąc, partnerzy dobierają się często właśnie na podstawie tych deficytów.

Partner nierzadko ma stanowić lustro, w którym dana osoba będzie się przeglądać, tudzież ma być narzędziem do potwierdzania własnej wartości/ leczenia kompleksów. Tylko czy na dłuższą metę bycie narzędziem komukolwiek wystarcza? Nie jesteśmy jednowymiarowi i sprowadzanie nas do jednego wymiaru źle się kończy. Osoby ufiksowane na koluzyjnych pozycjach z upływem czasu coraz gorzej to znoszą, co prowadzi do rozpadu relacji. Koluzje małżeńskie to typy tego rodzaju dysfunkcjonalnych relacji opisane przez Jurga Willy'ego. Osoby w koluzji czują się z biegiem czasu coraz bardziej nieszczęśliwe choć początkowo czuły się, jakby znalazły tą mityczną drugą połówkę jabłka. To jeden z powodów, dla których nie lubię takich metafor. Dwie osoby tworząc związek tworzą raczej nową jakość niż realizują odgórny scenariusz uzupełniania się - przynajmniej na wyższym poziomie wtajemniczenia. By naprawdę być z drugą osobą, najpierw należy dobrze się czuć w samotności.

Jakże często sami nie umiemy siebie określić i od drugiej strony oczekujemy takiego dodefiniowania i jak często partner ma służyć budowaniu statusu, a nie wzajemnemu wzbogacaniu. Meandry podjęcia ryzykownej decyzji o otwarciu się na bliską relację są tak zawiłe, że z cudem graniczy iż w ogóle dochodzi do tworzenia takich relacji. A przecież bliskość to nie samo dobro i bukiety kwiatów, to także wyrzeczenia. Nie tylko rozumiane jako sztuka codziennych kompromisów, ale i wychodzenie poza sferę własnego komfortu i oferowanie jakiejś części prawdy o sobie, w zamian za pogłębienie relacji i wywołanie takiej samej reakcji ze strony partnera. Nigdy przecież do końca nie wiemy, czy druga strona ma równie poważne zamiary co my i czy akurat nie pragnie nas wykorzystać. Im gorszy kontakt ze sobą i słabsza znajomość siebie, tym niestety większe prawdopodobieństwo pominięcia sygnałów ostrzegawczych, które nakazywałyby powściągnięcie otwierania się. Kiedy zaś proces wzajemnego otwierania się i budowania nowej jakości relacji (oraz łączącego się z tym rozwoju osobistego) przebiegają prawidłowo, powstaje swoista pętla sprzężenia zwrotnego dodatniego co prowadzi do umacniania takiej relacji. Tylko czy tworzenie takich związków w ogóle jest jeszcze możliwe?

Przyglądanie się związkom wokół mnie przez lupę uwidacznia drobne nieprawidłowości i wady bliskości. Bowiem bliskość to także wyrzeczenia, czy ryzyko dowiedzenia się o sobie takiej prawdy, jakiej nie chcieliśmy poznać. Nie martwcie się jednak, dzięki wydolnym mechanizmom obronnym nie dostrzeżemy więcej niż jesteśmy w stanie przyjąć i przetworzyć. Przyglądanie się tym relacjom przez mikroskop uwidacznia siły działające bliskością, których na poziomie makro w ogóle byśmy nie zauważali. To swoista teoria względności dotycząca relacji, która wskazuje, że w ich budowaniu biorą udział siły, o których w gruncie rzeczy niewiele wiemy, a które działają często w (przynajmniej pozornie) paradoksalnym kierunku.

Zaznaliście prawdziwej bliskości? Czy udało się Wam to już za pierwszym razem?