RSS
niedziela, 18 października 2015
Wzięłam siebie na warsztat

Staram się wygrzebać z dołka, bo depresją tego nazwać nie można. Wydawało mi się, że jutra nie będzie, ale uparcie przyszło. Zadzwoniłam do koleżanki, która motywuje mnie jednak do walki o lepsze samopoczucie. No to się zaczęłam starać. Zaczęłam od zrobienia planów, od zastosowania zasady, że robię jedną rzecz na raz (a nie przerażam się ogromem rzeczy, które muszę zrobić w tym samym czasie).

Zdarzyło mi się przypadkiem wziąć udział w konkursach o wejściówki na warsztaty i tym sposobem miałam dwa takie bilety do wykorzystania. Miałam zatem pretekst by w jedyny wolny dzień pomiędzy dwoma wypełnionymi pracą wstać rano (a tym samym nie zalec w łóżku na wieki) i wyjść z domu. (Nie)stety warsztat dla singielek o tym jak znaleźć księcia z bajki okazał się dla mnie mało odkrywczy. Może dlatego, że nie pasuje mi samookreślenie singielka, a raczej „stara panna”, „samotna przegrana smutna pierdoła”, czy inne takie. Może to nie był warsztat dla mnie? ;) A może raczej chodzi o to, że (przewidywalnie!) okazało się, że mam zbyt wiele obszarów do pracy na drodze dojścia do związku. Nabieram coraz silniejszego przekonania, że sprawa może nie jest beznadziejna, ale potrzebuję intensywniejszej pracy w postaci indywidualnego treningu z konkretną osobą. Okazuje się, że istnieje w Polsce rynek takich usług (podobne jak usług męskich prostytutek, khy, khy), ale jest on na tyle wąski, że w praktyce funkcjonuje on jako bardzo ekskluzywne konsultacje via Skype. Nie odpowiada mi to, potrzebowałabym kontaktu osobistego. Muszę przyznać, że przynajmniej pod tym względem panowie do towarzystwa proponujący realne spotkanie za pieniądze wypadają lepiej;) Także tego, jakby co to mam wolną stówę do zagospodarowania na rozwój, ekhem!, własny.

Ponieważ w zakresie gotówki dysponuję niewiele więcej niż wyżej wymienioną stówą i właśnie szukam nowej pracy, pomyślałam sobie, że jak nic przyda mi się warsztat o przekonaniach utrudniających zarabianie pieniędzy. Ten był w moim odczuciu fajniejszy niż opisywany wyżej, ale może dlatego, że temat finansów mimo wszystko uważam za łatwiejszy do ogarnięcia. W wyniku uczestnictwa w warsztacie doszłam do wniosku, że przeprowadzę coś, co fachowo nazywa się eksperymentem behawioralnym. To znaczy zrobię najlepiej jak potrafię wszystko żeby znaleźć nową pracę, która będzie lepsza od poprzedniej, zamiast jęczeć na blogu, którego i tak nikt nie czyta (a przynajmniej nie potencjalni pracodawcy, a przynajmniej taką mam nadzieję…), że znowu nie ma i znów jestem nieszczęśliwa. Myślę, że mój problem w tej kwestii polega też na tym, że jestem już zmęczona robieniem wszystkiego sama podczas kiedy obserwuję, że komuś innemu pracę załatwia żona czy mamusia. Co pocieszające, na warsztat przyszły osoby w różnym wieku, które miałby problem podobny do mojego. Zawsze to jakaś pociecha, że i inni się z tym zmagają.

Na dobre zakończenie dnia, mimo deszczu, poszłam na trening mobility w profesjonalnym crossboxie. Dla tych, którzy nie wiedzą jak taki trening przebiega wyjaśniam w skrócie, że chodzi głównie o to, że w ascetycznej przestrzeni crossboxu przychodzi do was trener, który ma ciało greckiego herosa i mniej lub bardziej zdecydowanie perswaduje, że wasze znękane ciało ma znacznie większą ruchomość w stawach niż podejrzewaliście. Jest to ekskluzywne doświadczenie narzucanej sobie samodzielnie tortury, w której ból rozciąganego mięśnia sprawia, że umysł opuszcza ciało, a przynajmniej chowa się w jakimś strasznie malutkim i ciasnym kawałku czaszki. Jest to przeżycie medytacyjne i mindfulnessowe. Nie mogę powiedzieć, że całkowicie negatywne, czy nieprzyjemne. Dodatkową wartość miało dla mnie to, że ćwiczyło się w parach, a okazuje się też, że taki trening czy cały crossfit to totalnie męska sprawa. W tym zakątku siłowni kobiety widziałam tylko na plakatach. Zatem jak sobie ćwiczyłam w parze z facetem, który miał tylko troszkę mniej mięśni niż grecki bóg, to ten kontakt fizyczny był dla mnie bardzo przyjemny :). Zwłaszcza, że trafił mi się gość, który był delikatny, choć pewnie z łatwością mógłby wyrwać mi rękę ze stawu ramiennego (takie supermobility). Generalnie wiecie, od wczoraj gustuję w Mariuszach Piąchach tego świata, co by znaczyło, że warsztat dla singielek może jednak zasiał jakieś ziarno w moim znękanym bólem umyśle.

Siedzę sobie teraz na obolałym tyłku z jeszcze bardziej obolałymi i piekącymi przywodzicielami ud (co jeszcze się, do diaska, działo poprzedniego wieczora?!) i w dość dobrym nastroju przystępuję do szlifowania własnego CV.



czwartek, 15 października 2015
Czuję się źle sama ze sobą

Przyszła jesień, dzień się skrócił, a ja zaczęłam pracować w zespole, który nie bardzo lubię. Na dodatek porozmawiałam sobie z (młodszym!) kolegą z pracy na temat tego gdzie to on tam nie pracuje dodatkowo i ile zarabia. Wskutek tej zgubnej konwersacji doznałam nawrotu dennego samopoczucia sprzed lat kilku. Spadła mi samoocena, nastrój, energia, libido liście z drzew spadają... Generalnie czuję się jak zawartość szamba, co jest tym boleśniejsze, że ostatnio czułam się w miarę stabilnie i robiłam rozsądne rzeczy z własnym życiem. Udawało mi się to głównie dzięki unikaniu "wkręcania się" w pesymistyczne rozważania i niekończące się porównania z innymi, w których oczywiście zawsze wypadałam gorzej. Jak to jest w ogóle możliwe, że ja zawsze jestem gorsza niż wszyscy?!

Mam świetne kwalifikacje, dużo doświadczenia praktycznego, kilka tysięcy godzin szkolenia podyplomowego, kilkaset godzin uczenia/szkolenia innych, kilkadziesiąt doniesień zjazdowych i kilka artykułów naukowych na koncie. Pewnie, że mogłoby być więcej, ale kto inny z tego zrobiłby złoto, a mnie grozi utrzymywanie się za kilkaset złotych miesięcznie, bo za dwa miesiące zakończy się moje zatrudnienie w podstawowym miejscu pracy. Kto inny by sobie poradził, a ja kompletnie nie umiem się znaleźć w tej sytuacji. Nie wiem czy i gdzie szukać nowego zatrudnienia, czy może zdecydować się na otworzenie własnej działalności. Całe życie brzydziłam się pieniędzy, pracowałam za darmo. Zostałam wychowana w poglądzie, że jeśli ktoś jest zamożny, to na pewno jest także nieuczciwy.

Za kilka dni wybieram się na warsztat dotyczący tego, co przeszkadza nam w zarabianiu pieniędzy. Wygrałam wejściówkę to idę. Inaczej nic by mnie nie zmusiło do wydania kilkudziesięciu złotych na warsztat o tym jak się nie brzydzić zarabiania. Po cenie wnoszę, że panie prowadzące tego problemu nie mają. Może zatem trafiłam na właściwy adres? Nie omieszkam się potem podzielić wrażeniami. Oczekiwania co do zajęć mam bardzo duże. Skąd się biorą moje problemy pieniężne już wiem, spodziewam się zatem że tam mi powiedzą jak je rozwiązać. Rodzice przekazali mi kult pracowitości. Doskonale zrozumiałam przekaz o tym, że trzeba być sumiennym i ciężko/ dużo pracować. Niestety, nie utrwaliło mi się przekonanie o tym, że zasługuję również na dobre wynagrodzenie.

Zakładam, że moje problemy można rozwiązać (chyba?). Powinnam tylko po prostu rozejrzeć się za nowym miejscem pracy, a to jest dla mnie trudne. Nastawiłam się zadaniowo i podjęłam się aktualizowania własnego CV. Mam szereg negatywnych przekonań na temat szukania pracy. Między innymi takie, że można ją znaleźć tylko pocztą pantoflową, a ponieważ nikt mnie nie lubi bo jestem okropna i piekielnie zdolna zarazem, to też na pewno nikt mi nie pomoże, nie zarekomenduje etc. Być może dojdę do wniosku, że dobra praca czeka na mnie wyłącznie za granicą. Byłoby to jakieś rozwiązanie, prawdopodobnie błogosławieństwo w przebraniu. Zaraz przejrzę listę potencjalnych pracodawców, zastanowię się gdzie sama mogę zamieścić ogłoszenie. Wysłałam też właśnie do księgowej różne pytania, na które oczekiwałabym odpowiedzi. Strasznie dużo tej kobiecie płacę, a ta się przy mnie nie napracowuje. Nawet auta nie mam. Nigdy nie zrobiłam prawa jazdy, bo miałam przekonanie, że samochody są tylko dla bogatych, więc ja swojego mieć nie będę.

Jest dla mnie autentycznie przygnębiające, że funkcjonuję tak bardzo poniżej własnych możliwości, czuję się ze sobą źle i średnio widzę perspektywy na poprawę tego stanu rzeczy. Macie dla mnie jakieś konstruktywne rady? W momentach takich jak dziś zupełnie mnie nie ciekawi co przyniesie jutro, a potem to jutro jednak jakieś przychodzi i nawet zawiera pozytywne momenty. Co zrobić żeby ich było jak najwięcej?

Tagi: refleksje
02:12, wildfemale
Link Komentarze (4) »