RSS
wtorek, 03 października 2017
Mój proces zmiany

Minął wrzesień, a ja nic do Was nie napisałam. Wstyd mi, myślałam, że mniej czasu upłynęło. Byłam zajęta, dużo przegapiam. Na przykład przegapiłam przedłużenie prenumeraty czasopisma, bo mi się wydawało, że mam wrześniowy, a nie sierpniowy numer. Jakież było moje zdziwienie gdy go w końcu otworzyłam, a tam "przypomnienie" o tym, że mam przedłużyć prenumeratę. Kupiłam nowy komputer, bo poprzedni wyzionął ducha. Do nowego nie mogę się przyzwyczaić, a system operacyjny mnie bezczelnie śledzi i manipuluje mną. Czuję coraz mniej sprawstwa.

Wróciłam do oglądania występów impro. Na scenie tej w moim regionie wiele się dzieje, panie improwizatorki powracały z urlopów macierzyńskich i wyglądają piękniej niż przedtem. Zazdroszczę i podziwiam. Polotu im też nie ubyło.

Ja tymczasem nie mam dzieci, nie mam związku. Jak się domyślacie, przez Tindera nikogo nie poznałam, a może jedynie przeczytałam nieco mniej książek, bo zamiast czytać, przesuwałam kciukiem w prawo. Bardzo szkodliwy ten Tinder jest;) Mam w życiu prawie wszystko... Prawie robi różnicę.

Rozwijam się zawodowo, ale mam poczucie, że za wolno, że brakuje mi wyzwań. Żeby się dalej kształcić przestawiłam swoje życie do góry nogami, a i tak mi mało. Może wyjazd zagraniczny załatwiłby sprawę?

Zajmowałam się także we wrześniu czymś wyjątkowo przykrym. Chwilowo się posypałam, wiedziałam że odpowiedzialne będzie poszukanie pomocy i zrobiłam to. Tysiąc razy się zastanawiałam, czy doświadczenia te w ogóle opisywać na blogu, ale zdecydowałam, że tak. Teraz już nie jestem w kryzysie, radzę sobie, wzrastam, toteż mój wpis nie jest motywowany dystresem czy rozpaczą. Co mnie motywuje? Chęć edukacji, nauczenia kogoś na moich błędach, ale też i czysto ludzka chęć podzielenia się własnym wzrostem. Jest nawet taki termin jak "wzrost potraumatyczny".

Otóż, kilka tygodni temu ktoś mnie nadużył, czyli potraktował mnie tak, jak kobiet (ani też mężczyzn) nigdy traktować nie należy. Jeśli ktoś kiedyś stworzył jakiś uniwersalny model tego, jak czuje się osoba tak nadużyta, to przeszłam wszystkie jego fazy. Przejścia te uruchomiły bardzo ciekawy proces, którego z zaskoczeniem doświadczam, a dzięki któremu wiem, że i inne osoby w mojej sytuacji mają podobne objawy, przeżycia.

Zacznijmy od definicji, bo sposobów wykorzystania jest wiele. Początkowo zupełnie nie wiedziałam co się stało, ani nawet czy w ogóle mam prawo czuć się wykorzystana. Usłyszałam nieodpowiednie uwagi pod swoim adresem. Nikt mnie palcem nie dotknął, ale czułam że moje granice zostały przekroczone. Klasyczne gombrowiczowskie zgwałcenie przez uszy. Teraz już wiem, że ofiary bardzo często tak się czują niezależnie od tego, co się konkretnie wydarzyło. "Bo się nie broniłam", "bo inne mają gorzej", "bo to ze mną widać coś nie tak było", "bo on tylko mówił, ale nie nie dotykał", "bo jestem już duża i powinnam była umieć się obronić", to są takie klasyki gatunku. Prawdopodobnie mechanizm ten służy temu, byśmy nie czuły się ofiarami i podtrzymuje iluzję posiadania wpływu na sytuację. Tymczasem istnieją na świecie pewne zasady i nikt nie ma prawa nas tak traktować, czyli tych zasad łamać. Kropka.

Po wtóre, tak się oczywiście zdarzyło, że kiedy we mnie toczył się ten proces psychologicznego cierpienia, na swojej drodze zaczęłam spotykać liczne ofiary wykorzystania. Tabuny ofiar. Nie wiadomo w jakim mechanizmie się to dzieje, czy zmienia się fizjonomia, czy raczej anatomia mózgu, że zaczynają się w niej mieścić takie konstrukty poznawcze jak wykorzystanie, a skoro już się mieszczą, to są i prawidłowo identyfikowane. A może te tabuny po prostu wyczuwają empatię?

Po trzecie, początkowo nie miałam wątpliwości co do tego, że spotkało mnie coś złego, czułam złość na sprawcę. Nie mogłam spać, miałam gorszy apetyt. Choć zupełnie nie jest to dla mnie typowe, o zdarzeniu opowiedziałam koleżance. To znaczy, nietypowe jest zarówno to że opowiadam o własnych trudnościach jak i to, że mam koleżankę. Co jeszcze mniej typowe, o zdarzeniu opowiedziałam także zupełnie przypadkowej osobie. Ot tak, bo miałam kryzys i mi się ulało. Macie rację, to nie jest normalne, ale ja nie działałam wówczas normalnie. Co gorsza z upływem czasu zaczęłam nabierać wątpliwości co do tego, czy w ogóle jestem ofiarą, czy mi się nie wydawało, czy warto to drążyć.

Po czwarte, zrobiłam wszystko żeby ze sprawcą już się nie kontaktować, co w moim przypadku ani nie było łatwe, ani do końca możliwe. Cała procedura trwała kilka tygodni, ale wiem, że teraz nigdy nie znajdziemy się sami w jednym pomieszczeniu. Daje mi to jakiś komfort. Podczas tych tygodni wielokrotnie zastanawiałam się czy dobrze robię i rozważałam czy tego wszystkiego nie cofnąć. I tutaj daję w miarę uniwersalną radę: Nie, nie należy tego cofać. Jeśli miałyście motywację tydzień temu, żeby odejść, rozstać się, unikać, to przez tydzień nic się przecież obiektywnie w sytuacji nie zmienia. Działają tylko wasze emocje, bo przecież każdy wolałby myśleć, że nic się przecież wielkiego nie stało i że jakoś to przetrzyma, bo przecież jest zaradny. Nie warto sobie tego udowadniać w ten sposób. Egzekwujcie raz obrany plan do końca.

Po piąte, motywów wykorzystania może być wiele. Nie zawsze są one seksualne. A już na pewno nie zawsze mają one coś wspólnego z atrakcyjnością fizyczną. Ja na przykład zupełnie nie jestem atrakcyjna. Zawsze myślałam, że dzięki temu nic takiego mnie nie spotka. Okazuje się to wierutną bzdurą. Mój sprawca był psychopatą, co w tym kontekście znaczy mniej więcej tyle, że chciał mnie po prostu upokorzyć dla satysfakcji własnej i płaszczyzna seksualna była tylko środkiem do tego celu.

Po szóste i ostatnie, szukanie pomocy w tej sytuacji było dla mnie prawdziwą lekcją pokory. Sama dla siebie jestem najcenniejszą rzeczą, naprawdę wartą wszelkich inwestycji. Możecie mnie zrzucić nagą, bez bagażu, bez konta w banku w środek wielkomiejskiej (lub rozumianej dosłownie) dżungli, a dam sobie radę o ile tylko będę w dobrej formie psychicznej. A po tym wydarzeniu nie byłam. Bardzo trudno było mi komuś o tym opowiedzieć i przyglądać się sobie po tym, co mnie spotkało. Było to dla mnie upokarzające doświadczenie odzierające z codziennej fasady zaradności i decyzyjności. Stałam się zatem naga, bez bagażu za to z balastem, a stan mojego konta nie miał żadnego znaczenia. Okazało się, że nie jestem ani niezniszczalna, ani odporna na tragedie tego świata. Teraz mam poczucie, że sobie z tym poradziłam i że z doświadczenia tego będę czerpać jeszcze długo. Trudno to nawet ubrać w słowa.

Jeśli dobrnęliście do końca, możecie się zastanawiać po co właściwie opublikowałam ten tekst. Stworzenie tego wpisu było absolutnie przemyślaną decyzją i ma wymiar katarktyczny. Nie szukam sensacji, ani współczucia. Jestem na tyle poczytna, że z pewnością zajrzy tu choć kilka osób, które miały podobne doświadczenia czy rozterki i znajdzie tutaj wsparcie. Materia ta jest bardzo delikatna, toteż proszę o szczególną rozwagę w jej komentowaniu. Na przykład, obecnie sama bardzo żałuję każdego nieprzemyślanego żartu dotyczącego seksualności, który kiedykolwiek przeciwko komukolwiek skierowałam. Ot wzrost potraumatyczny :)