RSS
wtorek, 26 kwietnia 2016
Poddałam się

Nie mam siły. Już nie wytrzymam. Po prostu mi się nie chce. Nie ma to sensu. Straciłam zapał do walki o cokolwiek. Niewidzialnie i po cichu, z dnia na dzień, bez wyraźnego związku z konkretnym wydarzeniem. Po prostu jest mi ciężko i coraz częściej zawalam. Zawodzę samą siebie. Rzeczywistość jest dla mnie bezwzględna. Wielokrotnie w ciągu dnia dochodzę do wniosku, że nie pasuję, że jest coś ze mną nie tak, nie przystaję, wymagam leczenia lub anihilacji. Rzeczywistość boli.

Wczoraj załatwiałam sprawę w urzędzie. Nieprzyjemna wyprawa na drugi koniec miasta do okolicy, której nie znam. Potem wybieranie właściwej kolejki. Kiedy jest się tuż przed okienkiem, do okienka przyklejona karteczka, że trzeba się najpierw zgłosić do okienka nr 20 zanim się podejdzie do numeru 18. Spocone i spięte urzędniczki dwoją się i troją, ktoś wpycha się przede mnie do numeru 20, pani oczywiście zaczyna obsługiwać jego. To mi się zawsze zdarza, zdarza się nawet kiedy jestem agresywna fizycznie. Tym razem nie mam siły nawet słownie protestować. Moja kolejka do numeru 18 oczywiście przepada. Zostaje mi czekać kolejne pół godziny, bo poproszeni ludzie żądają dowodów, że stałam tu wcześniej, pytają "czy ktoś to może potwierdzić" i że im też się spieszy. Nigdy do głowy by mi nie przyszło by zachować się podobnie. Milczę. Ze łzami w oczach wędruję na koniec, dostrzegam, że ludzie w dusznym korytarzu nawet się do siebie nie odzywają. Kiedy ktoś informuje, że będzie tu stał, tylko na chwilę musi się oddalić spotyka go ściana milczenia, maskowate twarze, nikt nawet nie skinie. Nie wiadomo skąd mam skojarzenia z kolejkami do obozu koncentracyjnego czy komory gazowej choć pewnie są zupełnie nie na miejscu. Dochodzę do wniosku, że gdybym była osobą starszą czy niepełnosprawną pewnie by mnie oszukano i z kolejki wypchnięto, choć panie za szybkami starają się obsługiwać sprawnie. Ostatecznie półgodzinna kolejka nie jest dramatem. Gorzej gdy okazuje się, że poza okienkiem nr 18 muszę jeszcze podejść do numeru 19 jeśli chcę załatwić drugą sprawę, z którą przyszłam. Tam akurat nie ma kolejki, pani z numeru 19 po prostu nie ma na stanowisku pracy. Mam ochotę zniknąć, zapaść się w nicość. Przypominają mi się okoliczności, w których zawsze czekam do onkologa. Ludzie walczący o życie oszukują innych ludzi walczących o życie, nie przestrzegają kolejności. Nie wolno odwracać uwagi czytaniem książki bo na pewno straci się wyżebraną kolejkę. Inni w poczekalni krzyczą na siebie, zdenerwowany i źle opłacany lekarz po drugiej stronie drzwi krzyczy na pacjentów i jest niedelikatny w co najmniej kilku znaczeniach tego słowa. Kolejne upokorzenia, które zlewają się w całość.

Po wszystkim jadę zatłoczonym tramwajem, zdenerwowana choć niepotrzebnie, bo z urzędu już wyszłam. Minęło, przez najbliższy czas nie muszę tam wracać. Oczywiście kilka osób wpycha się przede mnie do wejścia do pojazdu. Nic nie mówię, boję się, że ktoś mnie zaatakuje. A jak zaatakuje to inni mi na pewno nie pomogą. W tramwaju pachnie wódką od młodzieńców ubranych w dresy, którzy wyraźnie nie wytrzeźwieli po poprzednim wieczorze. Młodzieńcy krzywo patrzą na współpasażerów, jawnie ich wyśmiewają, szukają celu. Panowie w średnim wieku siedzą, ostentacyjnie nie zauważając licealisty chwiejnie stojącego o kulach. Licealista udaje, że jest niewidoczny. Ja udaję, że mnie nie ma. Nie chcę żeby młodzież ubrana na sportowo mnie zauważyła. Dwa dni wcześniej podobni do nich zaatakowali mnie w autobusie około godziny 18:00. Jasno, środek miasta, nikt mi nie pomaga. Godzę się z kolejnym upokorzeniem.

Miałam plany że posprzątam i poćwiczę, poszukam pracy. Nie wychodzę z domu. Nic nie poprawia mi humoru. Nie ma też nikogo ani niczego co ulżyłoby mojemu cierpieniu. Udaję, że mnie nie ma. Nocą śpię niespokojnie. Co mnie martwi? Kolejnego dnia idę do działu kadr w nowej pracy. Nie ma dla mnie umowy, proponują mi najniższe stawki jakie kiedykolwiek widziałam. Nabieram paranoicznego przekonania, że w tej umowie są niekorzystne dla mnie paragrafy. Dociera do mnie, że koniecznie muszę ją przeczytać wcześniej, zanim zgłoszę się do pracy. Tym razem moje rozterki zawodowe zauważa matka, histerycznie rzuca się do "pomagania" w znalezieniu mi pracy. Tworzy jeszcze większy chaos, choć wiem, że ma dobre intencje. Na rozmowach kwalifikacyjnych myślę głównie o starych rzeczach i dziurawych butach, w które jestem ubrana. Rozpaczliwie staram się ukryć te niedostatki. Pazerni pracodawcy proponują mi niegodziwe warunki.

Resztę dnia spędzam w łóżku, w półśnie. Bałagan się nie zmniejsza. Przypominają mi się te wszystkie radosne chwile, w których zrobiłam coś dla kogoś z życzliwości, albo pracowałam za darmo, bo ktoś nie miał środków żeby mi zapłacić. Nie widziałam w tym nic złego, byłam szczęśliwa. Dociera do mnie, że dla mnie nikt by tego nie zrobił, że dawno nie byłam już u kilku specjalistów, do których pójść powinnam. Czekanie w kolejkach ze złośliwymi pacjentami NFZ przekracza moje aktualne zasoby psychiczne. Na wizytę prywatną nie mam pieniędzy. Muszę też przestrzegać terminów płacenia składek ubezpieczeniowych, jeśli zapłacę ale z opóźnieniem, żadne świadczenia i tak mi się nie należą. Mam wizję jak zdycham pod drzwiami jakiejś szpitalnej izby przyjęć, albo smutny doktor w brudnym kitlu informuje mnie, że zgłosiłam się za późno i nic nie można dla mnie zrobić. I to wcale nie jest najbardziej przykra wizja tego dnia.

Muszę przestrzegać tysiąca terminów. Gubię się we własnym kalendarzu. Sięgam po kalendarz żeby zapisać kolejny termin, już sama nie pamiętam czego, i wtedy widzę TO. Orientuję się, że właśnie przegapiłam termin badania, na które czekałam pół roku. Nie pomogły nastawione przypomnienia, po prostu zapomniałam. Znów zawaliłam, choć do samej rejestracji czekałam pół roku wcześniej przez godzinę przyglądając się jak pani z okienka je kanapkę czy odpisuje na SMS-y. Ja w swojej pracy nie mam czasu na posiłek czy SMS-y, to tylko jeden z aspektów wyższości pani z okienka nade mną.

Nie mam siły ustalać następnego terminu...

Tagi: refleksje
21:48, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Stopy bliżej ziemi

„Otwieraj oczy wysoko!” polecała starsza pani równie wiekowej koleżance, która odprowadzała ją na pociąg. Nie mam pojęcia czemu wysoko, czemu w ogóle oczy. Moje skojarzenia ze światłem słonecznym, melatoniną, witaminą D3 pewnie nie były tutaj trafione. Jakkolwiek by nie było, ja chciałabym Wam zaproponować coś zupełnie innego. Dziś zachęcam do bycia bliżej ziemi, po której codziennie stąpamy i z której wyrośliśmy.

Miałam ostatnio bardzo dużo napięć, przygotowywałam się do bardzo ważnego egzaminu, dziś udało mi się go zdać, a zatem i popchnąć kolejną rzecz do przodu. Mam poczucie, że niedawne urodziny i  ten egzamin zmusiły mnie do czynienia podsumowań, planów na ewentualną przyszłość jeśli wszystko się powiedzie, planów na ucieczkę i zaczęcie wszystkiego od nowa jeśliby powieść się nie miało (serio, presja wstydu jest u mnie tak duża). Fantazjowałam sobie o tych wszystkich wspaniałych rzeczach, które będę mogła robić mając wreszcie więcej czasu, czyli drogich samochodach (chociaż nie umiem prowadzić), atrakcyjnych kochankach (chociaż nie jestem ładna ani młoda), zarabianiu tak dużo że pozwalałoby to na filantropię (chociaż jestem uczciwa),  czy uruchomieniu zakupionej gry z Raymanem, o której producent mówi że klucz działa, a mnie nie działa i zwrotu do sklepu nie przyjmują. No różne są marzenia w życiu.

I tak zatopiona w marzeniach, bujając w obłokach, odwiedziłam kilka dni temu bibliotekę. Lubię biblioteki, a ta konkretna jest akurat z pewnością w pierwszej piątce moich ulubionych. Już nie pamiętam dlaczego, ale chciałam skorzystać z dostępnego publicznie tableta. Okazało się, że dosłownie kilka minut wcześniej korzystał z niego ktoś inny, kto zostawił otwarte okienko czata. Ja niestety także nie wiedziałam jak je wyłączyć. Tym sposobem nieopatrznie zapoznałam się z dwiema konwersacjami jakiegoś bardzo ubogiego człowieka. Ten ktoś sypiał w noclegowni, jadał jeden posiłek dziennie i właśnie się w tych konwersacjach dowiedział, że ktoś z rodziny popełnił samobójstwo i zapraszają go na pogrzeb, pełni zresztą winy, że „nie byliśmy w stanie go uratować”. Żadnej rozpaczy, protestu, manipulacji, grania na litość, obwiniania innych, po prostu informatywne „zabił się-czy przyjedziesz?”. To mną wstrząsnęło, choć zdecydowanie nie jest to pierwsza wzmianka o samobójstwach z jaką miałam w życiu do czynienia. To po prostu było jakoś bardziej osobiste. Zupełnie jakbym zobaczyła temat biedy, depresji i bezradności w zupełnie innym świetle. To było jak przebudzenie. Moje problemy, czy choćby te marzenia wymienione powyżej wydały mi się nagle głupie, śmieszne i zaczęłam dostrzegać, że inni też mają w życiu jakieś dążenia, czasem daleko bardziej przyziemne, czasem ważniejsze. To był ten rodzaj refleksji, który towarzyszy mi podczas oglądania obłędnie przystojnego „Lucifera”, w którym, jak w życiu, ludzie zaklinają Boga lub Szatana by spełnili ich prośby, prośby te czasem są spełniane, ale zawsze powoduje to nieodwracalne konsekwencje dla narracji wszechświata. Ktoś uratowany od śmierci może zabić kogoś innego, szczęśliwa transakcja jednego człowieka oznacza bankructwo innego. Szczęście jest względne i ulotne, przynajmniej to budowane na aspektach zewnętrznych.

Byłam jak nastolatek, który po raz pierwszy nazywa bardziej złożone emocje. Jak zasłyszana kilka tygodni temu dziewczyna, która tłumaczyła kolegom z klasy, że kiedy widziała osoby starsze to poczuła dumę. We czwórkę się potem zastanawiali, czy ona właśnie to czuła, czy tylko nie potrafi znaleźć odpowiedniejszego słowa. Gdzie te czasy, kiedy ja zastanawiałam się nad podobnymi rzeczami? A może by tak zadziwić się od nowa zamiast do wszystkiego mieć gotową bibliografię? Od tej pory zaczęłam zauważać, że inni wokół mnie też mają właśnie jakieś „najważniejsze egzaminy” i „jak się nie uda, to nie wiem co zrobię”. Wikłają się w drobne wojenki nie widząc całości obrazu, bezmyślnie marnują czas na plotkowanie zupełnie nie wiedząc, że po drugiej stronie drzwi wszystko słychać, mówią „kocham cię” choć wcale tak nie czują, zwodzą bo boją się zaangażowania. Po co żyć na niby? Na pół gwizdka? Życie jest takie kruche. Być może właśnie ta refleksja ratowała mnie ostatnio przed szaleństwem. Co się stanie jak się nie powiedzie? Na pewno najgłupszą rzeczą byłoby pozbawienie się życia czy zdrowia. Rozkładałam dzień na czynniki pierwsze, redukowałam do takich podstaw jak to, gdzie mam pojechać, co i że w ogóle mam zjeść, jakich terminów przestrzegać. I to mnie pchało przez kolejne godziny.

Nabyłam nie tylko większej wrażliwości na innych, ale także takiego współczucia, które ma dużą komponentę empatii, ale nie litości dla innych (jest w języku polskim jakieś słowo, które dobrze to opisuje czy wracamy do zachwytów nastolatka?). Ktoś zrobił coś niewłaściwego, bo wierzył, że ma prawo, ale może nie miał racji. Jeśli wezmę pod uwagę jego perspektywę to może łatwiej będzie mi z nim na ten temat dyskutować. Ostatnio wręcz można powiedzieć, że ten oderwany dotychczas ode mnie świat „szarych ludzi” wyciąga po mnie ręce. Ciągnie mnie jakaś topielica z rzeki. Dwa dni temu zaczęłam w środku nocy otrzymywać jakieś agramatyczne SMS-y, w których ktoś sugerował, że przyniesie mi coś do domu około 3:00 rano. Jacy ludzie nie mają się gdzie podziać o takiej porze? Z jakiego domu się wywodzą? Jakie prowadzą życie, że nie muszą wstać rano kolejnego dnia? Jakie życie prowadzi oryginalna adresatka tej wiadomości, skoro sprawiała wrażenie jakby można było tak sobie do niej wpadać o każdej porze? Prawie zapłakałam nad nieznajomością ortografii i kompletnym brakiem logicznego myślenia u autora tych wiadomości. Jak to się bowiem stało, że on pisze i pisze, a nie dostaje odpowiedzi i nie wyciąga wniosków? Zablokowałam ten numer, ale po dwóch dniach znów dostałam wiadomość (JAKIM CUDEM?! Nie tylko czatów wyłączać w Samsungu nie umiem;)), że jakbym chciała kupić jakieś „fanty” to pan ma. Części wiadomości nie zrozumiałam z powodu slangu. Szczerze współczuję temu człowiekowi, choć pewnie jest już za późno żeby mu pomóc.

W mojej głowie otworzyła się też szuflada z wdzięcznością. Kiedy nie mogłam spać zeszłej nocy, medytowałam na temat tego uczucia i wszystkich ludzi, którym mogę być za coś wdzięczna. To mi często przynosi ulgę. Zastanawiałam się nawet jak mogłabym celebrować ewentualny sukces (gdyby ten się rzecz jasna zdarzył) i przyszło mi do głowy, że najnaturalniejszą i najbardziej bezinteresowną rzeczą byłoby wysłanie krótkiego maila dziękczynnego do wszystkich tych osób, o których wówczas myślałam. Zapisałam treść listu w dwóch językach i skompilowałam listę adresów osób, które są mi drogie, z którymi być może nie rozmawiam codziennie, ale za to co dzień o nich myślę. Osób, które dla mnie coś znaczą. Jeśli myślicie, że było ich dużo, to nie możecie się bardziej mylić. Miałam potrzebę bycia absolutnie szczera sama ze sobą. Nie chciałam autopromocji, a wyrażenia autentycznej wdzięczności. Przyszło mi do głowy 9 nazwisk osób, które mnie czegoś ważnego nauczyły. Przedstawicieli różnych zawodów. Wszyscy starsi ode mnie. Mimo że początkowo taki mail wydawał się dobrym (chociaż neutralnym?) pomysłem, wysyłając go nabrałam wątpliwości. Może to śmieszne? Czy odpiszą? Jak to odbiorą? Wysłałam. Gdybym tego nie zrobiła, to bym się przecież nie dowiedziała.

Okazuje się, że swoista duchowa podróż może się zacząć tu, w Europie, od kontaktu z jak najbardziej nowoczesną technologią a nie inkunabułem z gabloty. I Wam życzę podobnego przebudzenia bez szkody dla siebie i naginania własnych granic.

wtorek, 05 kwietnia 2016
Myślenie magiczne

Jeśli dostatecznie się starasz, cały wszechświat będzie ci sprzyjał. Wystarczy czegoś dostatecznie mocno chcieć,a się to zdarzy. W twoje urodziny wszystko będzie szło po twojej myśli... To właśnie przykłady myślenia magicznego. Myślenie magiczne, inaczej archaiczne, prymitywne, polega na irracjonalnej wierze, że własne myślenie zmieni realne otoczenie. Myślenie magiczne to coś, czego ofiarą dziś się stałam. Nie wiem za co mnie te przykrości spotkały. Prawdopodobnie jestem złym człowiekiem.

Dziś był dzień negatywnych pierwszych razów. Pierwszy dzień bycia jeszcze starszą i wcale nie mądrzejszą. Przyjmowanie życzeń urodzinowych od zupełnie obcych ludzi, a nawet tak maksymalne zsocjalizowanie, że kupiłam drogie cukierki (bo tanimi sama nie chciałabym być częstowana) i poczęstowałam nowo poznaną grupę. O nowej grupie zresztą za chwilę.

Przejdźmy może do tego, że dziś po raz pierwszy wzywałam policję, bo ktoś nakłaniam mnie do dokonania fałszerstwa. Zupełnie niepotrzebnie się zdenerwowałam, straciłam czas. Prawnicy nie doradzają podejmowania dalszych kroków, więc te sobie daruję. Następnym razem na takich podżegaczy schowam sobie siekierę do szuflady. Oczywiście przeboje z wzywaniem policji, niepotrzebne nerwy itd. to tylko początek cudownego dnia. Dalej było niezmiennie gorzej.

Od kilku tygodni głupio cieszyłam się i podniecałam faktem, że na urodziny sprezentowałam sobie kurs improwizacji. Że wiecie, taki rozwój, nowe rzeczy i inne tym podobne bzdury. Nawet innemu nieszczęśnikowi polecałam. Głupia ja. Rzekomo 15-osobowa grupa okazała się kilkoma sztukami i okazało się, że improwizacje są zupełnie nie dla mnie. Następnym razem jak będę chciała popracować z czymś niewerbalnie, wybiorę się na terapię tańcem (szczerze polecam!). Jak już sobie w tym zwartym gronie (czułam się jak na mityngu AA) każdy opowiedział jaki problem osobisty skłonił go do przyjścia na zajęcia, to... pojawił się ostatni uczestnik, który przedstawiać się nie musiał. Może wszyscy znali go wcześniej (takie miałam wrażenie), ale ja nie. Miałam nieśmiałe wrażenie, że pan ma jakiś problem kiedy od wejścia zaczął poprawiać i dyrygować innymi. Okazuje się, że jest niezwykła różnica semantyczna między "ekstrawertywny" i "ekstrawertyczny" na przykład. Boję się pomyśleć co by było gdyby ktoś powiedział "ekstrawersyjny". Prawdopodobnie dostałby po mordzie, albo przynajmniej przykaz klęczenia na grochu. Dalej było jeszcze zabawniej, a moja hipoteza diagnostyczna (nienawidzę być nieomylna i omnipotentna ;)) tylko się skrystalizowała. Nie dość, że trafił nam się niespełniony filolog (kto go tam wie, przecież nam się nie przedstawił),  to jeszcze akurat przeżywał jakąś frustrację seksualną. Improwizacje polegają na wymyślaniu scenek, miejsc, kreowaniu postaci. Obowiązuje zupełna dowolność, co w bezpiecznej grupie daje całkiem duże pole do kreatywności. I wyobraźcie sobie, że pan dziwnym trafem za każdym razem mówił o lub grał: usługi matrymonialne, gwałt (sic!) albo prostytutkę, która nie chciała uprawiać seksu oralnego (serio, to się naprawdę zdarzyło). Z właściwą sobie szczerością zapytałam go uprzejmie czy ma jakiś problem z tą sferą. Wiecie, eee, co się ma człowiek męczyć, prawda? Wyszło na to, że prawdopodobnie to ja mam jakiś problem z seksem (ci, którzy regularnie czytają bloga z pewnością potwierdzą, że jestem szalenie zahamowana w tych kwestiach i panicznie unikam tej tematyki ;)), a już zdecydowanie tylko u mnie w tej grupie te tematy w ogóle wywołują jakieś emocje. Na zakończenie jak w rasowej grupie terapeutycznej (czy ja nie pomyliłam gabinetów?) wyszło na to, że mam mega zaburzenie, najlepiej to powinnam przeprosić, a już na pewno zaraz tu i natychmiast powinnam powiedzieć, że tak naprawdę to mi się to poprawianie, nie przedstawianie i epatowanie własną psychopatologią podoba/ zachwyca (niepotrzebne skreślić). Zachowałam się z nadzwyczajną dla siebie samokontrolą, albowiem nawet nie zapytałam, czy pan był molestowany, czy rzucił go chłopak/dziewczyna, ani nawet czy chce adres seksuologa. Zamiast tego kulturalnie wyszłam tylnymi drzwiami nie szukając atencji. Nie obyło się jeszcze bez arcynieprzyjemności kontaktu twarzą w twarz z pokiereszowanym uczestnikiem, który kompulsywnie (a może kompulsyjnie?, zadanie dla chętnych: sprawdzić w wolnej chwili i napisać rozprawkę;)) chciał mi w rozmowie indywidualnej wyjaśniać jak bardzo go skrzywdziłam (ja?! teraz?! na pewno nie ktoś inny dawno, dawno temu?), jak bardzo się zahamował, że on wcale nie ma problemu z seksem, kobietami, no z niczym nie ma. Sami rozumiecie.  Dlaczego on mnie naciągał na gratisową sesję terapeutyczną?! Zazwyczaj jest tak, że jak ktoś się bardzo, ale to bardzo broni przed diagnozą to raczej trafiliśmy w sedno, ale to tylko według niektórych paradygmatów, więc oczywiście mogę się mylić. Jak myślicie, mylę się?

Skutkiem tych wszystkich przykrości z kursu ostatecznie zrezygnowałam, wniosłam część opłaty (w końcu jedne zajęcia odbyłam) i najbardziej chyba boli mnie to, że przepłaciłam wnosząc 1/3 zamiast 1/4 sumy, bo akurat taki miałam banknot. Następnym razem powinnam raczej pójść na warsztat dotyczący tego jak się nie wstydzić rozmawiania o pieniądzach i nie mieć oporów przed zarabianiem dużo.  Jak byście znali namiar na takie szkolenie to dajcie znać, dojadę wszędzie i płacę dobrze. Ale o tym już wiecie.

Update 06.04.2016: Dziś się właśnie doczekałam pierwszego, wartego jedynie 4 zł SMS-a z erotycznego czatu. Nadawca znał nawet moje imię. Przypadek?

piątek, 01 kwietnia 2016
TEDx Warsaw 2016

W tym roku ta konferencja odbyła się pod hasłem "In a heartbeat", a prelegenci luźno o tego hasła nawiązywali w swoich wypowiedziach. Tradycyjnie się wybrałam. Konferencja odbywała się już po raz siódmy, ze sprawdzonym zespołem organizatorów z lat poprzednich. Na wstępie zaznaczę, że bardzo podobało mi się zaproszenie na scenę i podkreślenie roli Kingi w projekcie tłumaczenia wykładów TED. Co zaskakujące, Agata Dziekan założyła w tym roku szpilki, a nie tenisówki, ale wróćmy do merytoryki.

Według organizatorów chętnych było 5 razy więcej niż miejsc. Doprawdy nie wiem, czym oni się kierują w wybieraniu aplikacji, ponieważ nigdy nie miałam problemów z dostaniem się (z wyjątkiem któregoś roku, w którym wysłałam dwie aplikacje - po prostu jak przeczytałam pierwszą wersję to się załamałam, pierwsza została odrzucona, zaś druga przyjęta:P), a za każdym razem mam poczucie, że nie pasuję do reszty widowni. Choć jednocześnie muszę przyznać, że czułam się mniej obco niż w poprzednich latach. Może była w tym w jakiejś części zasługa dość kameralnego wnętrza sali wykładowej nowoczesnego muzeum, w którym odbywała się konferencja. Na konferencję spóźniłam się potężnie, co było planowe, z powodu pracy nie zdążyłabym na wcześniejszy pociąg. Jest coś przyjemnego w przyjeździe do Warszawy na jeden dzień z małym bagażem:) Skutkiem spóźnienia było opuszczenie przeze mnie pierwszej sesji prawie w całości. Obejrzałam jedynie występ Shivers&Shakes, ale mi się nie podobał. Rzecz gustu.

Organizację w całości oceniam jako lepszą niż w roku poprzednim (była tak koszmarna, że musiał minąć rok żebym zapomniała o tej traumie, obszerniej o tym tutaj). Mimo spóźnienia wiedziałam gdzie się zgłosić po identyfikator. Otrzymałam także bez problemu torbę konferencyjną. W płóciennej torbie znajdowała się półlitrowa butelka wody oraz karty zawierające po kilka pytań otwierających dyskusję z kimś, kogo się wcześniej nie znało. Pomysł takiej gry mi się spodobał, ale nie widziałam by ktoś z kart korzystał. Ludzie na widowni nie mieli problemów z nawiązywaniem kontaktów, co było dla mnie swoistym szokiem kulturowym. Po prostu przysiadali się do siebie i otwierali dyskusję słowami "gdzie pracujesz?", ku mojemu zaskoczeniu zazwyczaj otrzymywali szczegółową odpowiedź. Niesamowite! Chociaż po dłuższym czasie słuchania byłam już zmęczona tymi wszystkimi coachami, którzy pomagają zmęczonym sukcesem biznesmenom, sami wstają kiedy chcą i robią co chcą (kiedy oni w grafiku te sesje z ludźmi sukcesu pomieszczą?!), różnicach między coachem a "mówcą motywacyjnym" czy innymi gwiazdami HR-u. Czemu ja mam wizję, że te panie mają bałagan w domu, kota zamiast partnera i całymi dniami leżą zagrzebane w pościeli martwiąc się samotną starością? I kolejna kulturowo obca rzecz, mianowicie believe it or not, ale ludzie z Warszawy wplatają w zdania angielskie słowa. Dzięki temu rodzą się potworki w stylu "zmieniłam mindset", "dostałam feedback", "nie ma easy" (seriously!). Nie wiem skąd im się to bierze.

Wracając do organizacji, widziałam wiele nieodebranych identyfikatorów, a sala była dość zatłoczona, choć na szczęście nie widziałam, żeby ktoś okopywał się w rzędzie gdyż zarezerwował go dla siebie i 10 kolegów. Nawiasem mówiąc, jest to praktyka surowo wzbroniona przez organizatorów i słusznie. Czyżby zatem organizatorzy wiedzieli, że wiele osób się nie zgłosi, czy też po prostu muzeum przesadziło z przedstawianiem rozmiarów sali? Co bym w organizacji zmieniła? Dwie rzeczy, to co powtarza się od lat, czyli brak możliwości zapoznania się ze szczegółowym programem wydarzenia przed przybyciem na miejsce, a także widoczniejszą ekspozycję terminów i tematów warsztatów. Jedna z organizatorek co prawda wskazała mi ogólny kierunek, w którym wisi rozpiska warsztatów, ale szukałam jej dobre 10 minut (atrocious!). Była co prawda możliwość zainstalowania aplikacji konferencyjnej podobno zawierającej te same dane, ale mam zbyt starego smartfona, by sobie on z nim poradził. Byłam więc skazana na rozpiskę, którą otrzymałam na odwrocie identyfikatora. Mimo tego, że grafik powstał na ostatnią chwilę (takie właśnie rodzi to wrażenie), to i tak przynajmniej jeden zaplanowany wykład się nie odbył. Kolejnym zawodem organizacyjnym, ale chyba raczej po stronie muzeum było zamknięcie wejścia na wystawę stałą grubo przed 17:00. Tymczasem w czwartki zwiedzanie jest darmowe, uprzedzili o tym także organizatorzy konferencji. I co? I odebrano mi tę możliwość! Wstyd! Z tego powodu nie uczestniczyłam w planowanym spacerze spod muzeum, bo nie chciało mi się na niego czekać. Jeśli ktoś był, to chętnie dowiem się jak było.

Co do oferty warsztatowej, nie miałam ochoty na naukę kreatywnego pisania czy... czyszczenia butów (naprawdę?!). Zespół od "design thinking" (o czym był ten warsztat nie mam pojęcia) gdzieś na przykład zniknął i przełożył swój warsztat. Ja wybrałam się na warsztat Collegium Civitas z grą prowadzoną przez dwie panie socjolog. Nadal nie wiem po co na świecie są socjolodzy i co przedstawiona nam gra miała wspólnego ze zmianą, ale na samym warsztacie czułam się przednio. Również materiały do warsztatu były bardzo starannie przygotowane. Tak, to ja w tabelce "co lubię zmieniać?" napisałam "partnerów". Naprawdę nie mogłam się powstrzymać, w końcu była to trzecia myśl jaka przyszła mi do głowy po przeczytaniu tego pytania.

Wróćmy zatem na salę wykładową. Sesja 2 zaczęła się odtworzeniem absurdalnego i słabego TEDTalka na temat sprzedaży próbek DNA artystów. Ważne pytania padły na koniec, a ja bym oczekiwała próby udzielenia na nie odpowiedzi w trakcie wykładu. Potem niestety na scenę wszedł Bogusz Parzyszek i wcale nie było lepiej. Poza wypracowanymi mięśniami nie miał do zaprezentowania nic rozsądnego. Opowiadał o organizacji przestrzeni biurowej (znaczy o dizajnie) i o tym jak wstawił koniki do jakiegoś warszawskiego biura. Jeżdżenie na koniku zmienia perspektywę i takie tam. A mógł po prostu powiedzieć, że boksy w open-space są brzydkie i że każdym powinien mieć własny kawałek biurka. Wtedy odpowiedziałby na moje potrzeby (przez 5 lat pracowałam w przestrzeni, gdzie nie miałam swojego krzesła ani biurka, a pisania miałam całkiem sporo). Jak myślicie, ilu ludzi jest w Polsce więcej, chcących jeździć w pracy na konikach czy chcących mieć własne miejsce do siedzenia przy stole w pracy? Potem był Kamil Baj opiekujący się pszczołami, któremu ktoś kazał zacząć wypowiedź od mówienia o "rodzinach" bez wspominania o tym, że to rodziny pszczół. Raczej się domyśliliśmy po pierwszych słowach i nie było zaskoczenia. Sam wykład mnie uśpił (dosłownie!), więc Wam za dużo nie powiem. Jeśli chcecie zobaczyć wypasione pszczoły, obejrzyjcie s04e17 "Arrowa". Następny wykład w sesji był z kolei jednym z lepszych na konferencji. Aleksandra Zaprutko-Janicka mówiła o tym, jak doświadczenia głodu w rodzinie wpływają na nasze preferencje pokarmowe, robienie zapasów, niechęć do jedzenia brukwi. Fajny, czytelny wykład z jasnym przekazem. Nie wiem czy autorka miała tego świadomość, ale wpisywał się on idealnie w myślenie Bowena o nurcie międzypokoleniowym terapii systemowej. Potem mówiła prof. Magdalena Fikus, mówiła w przystępny sposób o genetyce. O tej dziedzinie akurat wiem na tyle dużo, że nie zaskoczyła mnie niczym, ale publiczność wyraźnie zaskoczyła, wywołała salwy śmiechu. Podobało mi się jak nawiązywała do wypowiedzi poprzednich prelegentów. Nie mogła się przecież tego nauczyć od trenera pracującego z prelegentami przed konferencją. Po niej mówiła Anna Wysocka poświęcona idei organizowania małych koncertów w prywatnych przestrzeniach, np. w domu. Kompletnie nie moja bajka, ale znam ludzi, którym by się to podobało. Bezpośrednio po niej wystąpił Josh Savage i to naprawdę było godne uwagi. Pan zdobył szereg zasłużonych nagród za muzykę, którą tworzy. Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie obejrzyjcie jego występ. Może w prywatnej przestrzeni? ;)

Sesję 3 otworzyła transmisja wykładu o nieustannym rozwoju człowieka. Oglądałam go wcześniej, wy też możecie. Bardzo podobało mi się to, co mówiła Agacello i historia jej popularności. Jakoś tak się dzieje, że najbardziej na TEDx poruszają mnie historie artystów, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia. W największym skrócie, Agnieszka Teodorowska mówiła o swojej ciężkiej pracy, wielu latach ćwiczeń gry na wiolonczeli, przeszkodach, które znikają kiedy tylko człowiek odważy się na improwizację. Robię coś podobnego we własnym życiu teraz, mam nadzieję, że osiągnę podobne sukcesy. Ciekawe rzeczy mówił też Maciej Sopyło, który w więzieniach prowadzi redakcje gazet. Umiał przekonująco uzasadnić, dlaczego to robi, chce ćwiczyć u więźniów umiejętności społeczne, kreatywność, umiejętność pracy w zespole, wiarę w siebie. Weźmy pod uwagę, że to służba więzienna selekcjonuje mu uczestników warsztatów, ale idea i tak fajna. Po nim w sesji uczestniczyła Ewa Jarczewska-Gerc, pani psycholog, która wyszła na scenę mając na głowie absurdalne okulary. Cały wykład zastanawiałam się jaki ma powód do takiej stylizacji. Tylko wówczas by się ona broniła. Niestety, pani nic ciekawego z okularami nie zrobiła, a i treść wykładu była oczywista do bólu. Jak sobie wyobrażamy, że już osiągnęliśmy sukces to nam się nie udaje, a jak skupiamy się na procesie dochodzenia do celu, to szansa na sukces jest większa. Nie wiedzieliście? ;)

Czekam z niecierpliwością na kolejne edycje TEDx Warsaw.

Tagi: przygoda TEDx
11:28, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2016
Trudno mi

Trudno mi tu było wrócić po tak długiej przerwie. Może liczyłam, że ktoś zatęskni albo że będę się miała czym pochwalić? Nie ma głupich, nikt nie woła tęskni. Pewnie nawet nikt nie zauważył. Coraz częściej mam wrażenie, że gdybym zniknęła, nikt by nie zwrócił uwagi. Mam teraz więcej czasu, rozważałam zatem nawet udanie się w jakąś podróż. Gdziekolwiek, po prostu tylko dlatego, że podróże kształcą i stawiają wszystko w innej perspektywie. Co robiłam przez ten czas?

Uczyłam się, szukałam nowej pracy, ograniczałam wydatki, oszczędzałam na biletach do teatru. Ze zmiennym szczęściem ćwiczyłam według planów treningowych, nawiązałam nowy romans a potem się rozstałam, przeczytałam kilka rozsądnych książek. Chciałam napisać nowy artykuł, gdzieś w styczniu bieżącego roku próbowałam tu poczynić nowy wpis. Właśnie przed chwilą skasowałam jego szkic. Potem było już tylko łatwiej od wszystkiego oddysocjować. Odmówiłam wyjazdu naukowego do Madrytu, w ostatniej chwili. Potoczyła się lawina niefortunnych zdarzeń. Zmagałam się z niesłusznymi oskarżeniami w pewnej sprawie, z głupotą i bezmyślnością. Przeczytałam ponownie wszystkie książki Pratchetta o czarownicy Tiffany Obolałej i poczułam, że ten młot na czarownice to na mnie. Były też jeden czy dwa dni, w których wolałam zostać zagrzebana w pościeli i udawać, że nie płaczę i wcale nie jest mi smutno. Tak w telegraficznym skrócie można by to było streścić.

A teraz wszystko ogarniam, sprzątam, zmartwychwstaję w atmosferze świątecznej, choć jeszcze nie na tyle, by odpowiadać na życzenia od osób, które odezwały się do mnie tylko w święta. Choć może właśnie powinnam się cieszyć, że ktoś o mnie jednak pamiętał w taki czas? Wysłałam abstrakt na konferencję, powoli planuję wyjazdy szkoleniowe, jestem bukowana na prowadzenie warsztatów. Niedawno zaprosiło mnie do siebie koło naukowe, czułam się doceniona. Przestałam się bać samotności. W ramach nagradzania siebie jakiś czas temu zakupiłam kolorowanki dla dorosłych. Świetna sprawa. Do kompletu nabyłam pudełko kredek, wkrótce okazało się, że jedno nie wystarcza i poszerzyłam gamę kolorystyczną drugim. W chwilach stresu zasiadam i tworzę. Zaczęłam cieniować, mieszać kolory. Dokupiłam cienkopis żeby dorysowywać na tych rysunkach nowe rzeczy. Dzięki temu, że twórczość Johanny Basford została przetłumaczona na przeszło dwadzieścia języków, internet pełen jest prac dorosłych ludzi, którzy kolorowali jej obrazki każdy na swój niepowtarzalny sposób. Siedzę zatem i przeglądam jak inni zapełnili kolorem te strony, które i ja posiadam. Miło jest mi też oglądać jeszcze niezakolorowane strony i wymyślać jak je pomaluję i co dorysuję. Za każdym razem mam nowe koncepcje. Trudno by mi było przewidzieć, że kolorowanki dla dorosłych zrobią taką karierę. Dla zainteresowanych dodam, że czwarta książka tej autorki, tym razem osadzona w dżungli, ukaże się we wrześniu tego roku. Czekam z niecierpliwością. Ostatnio odkryłam także, że można przerabiać zdjęcia na kolorowanki. Wczoraj w nocy zrobiłam pierwszą tego rodzaju przeróbkę, zasnąć nie mogłam z wrażenia. Przyszło mi do głowy, że chciałabym swoją twórczość plastyczną zamieszczać w internecie.

Mieliście jakiś taki etap w życiu, w którym byliście artystami? Tak choćby przez kilka lat, miesięcy, chwil? Jestem pewna, że kiedyś byłam poetką. Moja wena skończyła się z początkiem okresu dojrzewania. Skończyły się rymy, konkursy poetyckie, tomiki wierszy. Urosłam, zrobiłam się rozsądna, pokochałam matematykę i skończyłam klasę o profilu mat.-fiz. zdając z tych przedmiotów maturę na poziomie rozszerzonym. Byłam całkiem szczęśliwa, i z tą poetycką przeszłością i ścisłą (ówczesną) teraźniejszością. Jaka jestem teraz?

Wychodzę poza strefę własnego komfortu, eksponuję się na improwizacje, mówię życiu "tak i", w najbliższym czasie zacznę to robić uczęszczając na regularne zajęcia grupowe. Jestem przestraszona i podekscytowana zarazem. Zbliżają się moje urodziny i jestem tym mniej przerażona niż w ubiegłym roku. Jakby rozsądniejsza taką autentyczną mądrością, którą nabywa się nie koniecznie z wiekiem, ale z kumulacją doświadczeń życiowych. Zamierzam zmodyfikować ścieżkę własnej kariery zawodowej, bo wszyscy i tak mnie do tego namawiają. Po raz pierwszy w życiu (w ogóle, albo od tak dawna, że nie pamiętam) mam ochotę na absolutną szczerość z drugim człowiekiem i nie boję się jej.

W najbliższym zaś czasie udaję się tradycyjnie na TEDx do Warszawy. Zapowiada się bardzo interesująco, planuję powrócić tego samego dnia. Taki krótki psikusowy wypad, nawet nikogo nie poinformowałam, że znikam. Jadę po inspiracje i nawiązanie nowych kontaktów. Coraz częściej rozważam także przeprowadzenie się do Warszawy na stałe. Trzymajcie kciuki za to, by wszystko się powiodło. Oczywiście możecie też liczyć na soczystą relację z konferencji.

A co u Was przez ostatni kwartał? Ogromnie jestem ciekawa.

21:46, wildfemale
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 grudnia 2015
O sztuce zaufania

Moja mama od około miesiąca posiada kota. Od tego czasu z kota zrobiło się wielkie puchate kocisko, którego matka nie miała jeszcze szansy dotknąć. Przy wszelkich próbach nawiązania kontaktu, choćby wzrokowego, kot fuka i stroszy się. Przysięgam, że okazjonalnie słyszałam też warczenie. W rodzinę, w której relacje układają się źle, kot wpasował się idealnie i nie odzywa się do nikogo. Mimo ładnej pogody i coraz dłuższych dni, preferuje on siedzenie pod łóżkiem matki.

Nie dawniej jak dzień temu, tłumaczyłam komuś, że "do kota trzeba podejść behawioralnie", to znaczy wprowadzić jakieś zasady. Pokazać mu, że to nie ludzie u niego mieszkają a na odwrót, przestać karmić smakołykami, żeby się kotu podlizać, bo pan kot raczej odbiera to jako nagrodę za fukanie... i tak dalej, czujecie ten klimat.

Dziś miałam małe sam na sam z kotem w (jego?) pokoju. Akurat nierozważnie wylazł pod stół i tam sobie leżał. Otoczony zabawkami, którymi i tak się nie bawi. Z powodu nie bawienia się nimi otrzymuje coraz więcej zabawek. Rozumiecie tę logikę? Pan kot jak tylko mnie zobaczył to zastosował standardowy tryb fukania, warczenia, stroszenia, markowanego rzucania się. Miałam szczerze ochotę chwycić kota za tak zwany wszarz i trzymania go tak długo aż, albo on nie skończy fukać, albo ja skończę z wydrapanymi oczami. Coś mnie jednak powstrzymało.

Zwróciłam kotu uwagę, że nie podobają mi się jego maniery i zaczęłam go obserwować. Okazało się, że kot ataki tylko udaje, ale ich ostatecznie nie przypuszcza, że fuka tylko jak jestem naprawdę blisko. Kot okazał się rozsądniejszy niż niejeden tępy pasażer tramwaju czy inny prymitywny przechodzień, którzy często są bezinteresownie złośliwi i wkładają wiele energii w aktywne uprzykrzanie życia innym. Nabrałam do kota szacunku, zrozumiałam jego motywy i zmieniłam taktykę postępowania.

Postanowiłam się wspólnie pobawić. Jak się okazało, że kot słabo radzi sobie z waleniem w komputerowe klawisze, ziewa przy czytaniu "Klucza Niebios" i żre ołówek zamiast użyć go do rozwiązania sudoku jak człowiek uświadomiłam sobie, że trudno nam będzie znaleźć jakąś wspólną zabawę i chyba to ja muszę się dostosować, bo kot leży w napięciu pod stołem, z niepokojem łypie w kierunku drogi ucieczki na z góry upatrzona pozycję pod łóżkiem i strasznie się stara wyglądać na niewzruszonego.

Rzuciłam kotu sznureczek, nęciłam kota materiałową muchą na patyku ustrojonym piórkami. Kot siedział. Podawałam mu walec materiału przypominający pękatą pszczołę. Kot siedział. Nawet robiłam z siebie idiotkę grzechocząc pluszowym gryzaczkiem (po co kotu gryzaczek!?). Kot... sami wiecie. Na tym etapie protokołu terapeutycznego miałam w głowie tylko jedną myśl automatyczną: "Mama kocha kota bardziej niż mnie. Mnie nie kupowała tylu zabawek." Zignorowałam tę myśl. I kiedy tak ignorowałam, uwagę mą przykuła czerwona sfatygowana sznurówka przywiązana do oparcia krzesła.

Być może kot zapomniał, że postanowił ignorować zabawki. Sznurówka zaskoczyła! Pod warunkiem, że do kota nie mówiłam (płoszy się na dźwięk ludzkiego głosu), beztrosko wyciągał łapki w kierunku sznurka, potem przekładał go do pyska i ciągnął w swoją stronę. I tak praktycznie w nieskończoność. Na tym etapie poczułam już do kota sympatię i porzuciłam wizję o przygważdżaniu go do ziemi i dominowaniu. Po co mi kot ze złamaną psychiką (albo czym innym, ważę w końcu 64 kilo)? Ten kot przypomina mi mnie samą, też jestem nieufna, udaję obojętność i nie lubię gdy ktoś chce mnie złamać. Od tej chwili mieliśmy z kotem całkiem niezłą zabawę i nie miałam już mu ochoty udowadniać kto tu rządzi.Skupiłam się na iście medytacyjnym zadaniu ciągnięcia sznurówki po ziemi, zarzucania sznurówki, toczenia sznurówki i szarpania sznurówki. Tylko ja, kot i pleciony bawełniany sznureczek. Znikły gdzieś moje problemy, martwienie się przyszłością, lista rzeczy do zrobienia na dziś. Istniała tylko sznurówka.

Zamiast na siłę oswajać postanowiłam wzbudzić poczucie zaufania. Czyli coś z czym sama mam cholerny problem. Wabiłam kota coraz bliżej siebie, ale postanowiłam, że go nie dotknę. Po jakichś 30 minutach kot opuścił sferę komfortu pod stołem i wyturlał się na skraj dywanu. Kiedy skupiał się na ruchach sznurówki, przybliżał się do mnie. Kiedy skupiał się na moich kolanach stykających się z ziemią, cofał się przerażony. Czego się bał? Że go dotknę, czy że mu się to spodoba? Po jakiejś godzinie kot był już w stanie zetknąć się ze mną przypadkowo jakąś częścią ciała i nie umrzeć na miejscu. Ponieważ zmęczyliśmy się oboje, stwierdziłam, że starczy na dziś, zawiązałam sznurówkę jak była,a zwierzę zostawiłam w spokoju. Za chwilę znalazłam go w jego stałym punkcie obserwacyjnym pod łóżkiem i zrozumiałam, że rewolucji nie da się przeprowadzić podczas jednej sesji terapeutycznej.

A potem szłam ulicą i myślałam sobie o swoich strachach i swoim łóżku. O tym jak na wszelki wypadek reaguję agresją na neutralne uwagi, o tym jak nie marzę i nie angażuję się, bo mogę zostać zawiedziona, o tym jak nie zastrzegłam sobie dnia wolnego w pracy bo nie wierzyłam, że dostanę stypendium na konferencję zagraniczną i jeszcze wiele podobnych. I zrozumiałam, że sama jestem nieufnym kotem pod łóżkiem, który nie rozumie tych dużych człowieków nad jego głową i profilaktycznie nie chce z nimi współpracować, bo mogłoby się okazać, że go jakoś wykorzystają. Jednak tak jak u kota opór stopniowo topnieje, tak i u mnie widać zmiany, większe otwieranie się. Częściej wychodzę z domu, częściej dbam o swoje potrzeby w kontakcie z innymi, częściej się uśmiecham i robię nowe rzeczy. I natychmiast kiedy przestałam tak dużo pracować pojawił się w moim życiu mężczyzna,choć wcale go nie szukałam. Mężczyzna twierdzi, że mnie kocha. Mężczyzna się otwiera, odsłania, powierza mi różne osobiste rzeczy, odgaduje moje życzenia i deklaruje oddanie. A ja? Ja tak jak kot, który choć ufa bardziej to nie wskoczy tak od razu na kolana i nie zacznie mruczeć, przynajmniej się na to wszystko nie zamykam. Daję temu szansę, doświadczam, medytuję, skupiam się na doznaniach. Analityczna część mojego umysłu stawia hipotezy i gdzieś tam je weryfikuję, ale coraz bardziej się uspokajam. Kto wie, może któregoś dnia zrezygnuję z poglądu, że skoro ktoś się mną interesuje to niechybnie jest dewiantem?

Choć na razie trudno mi się połapać jak ja się w tym wszystkim czuję, to przypominają mi się słowa Oracle "(...) being the one is just like being in love. No one needs to tell you you are in love, you just know it, through and through." Więc i ja będę wiedzieć.

sobota, 12 grudnia 2015
Jak zjeść słonia, ciężarówkę, czy co tam jeszcze sobie zamarzycie…

Niejako kontrintuicyjnie już w pierwszym akapicie przejdę do puenty. Jak zjeść słonia? Podzielić go na kawałki. Od puenty zamierzam bowiem przejść do głębszych warstw znaczeniowych procesu, w którym uczestniczę i w którym najpewniej Wy także bierzecie udział.

Słoń jest w tym przypadku metaforą zadania monumentalnego, długiego, dwoma słowami – przerastającego nas. Fakt przerastania zazwyczaj zniechęca już na wstępie, a potem kończymy z poczuciem żalu, czy bólu pewnej części ciała, że innym się udało, a nam nie. Pomijając przyczyny sukcesu innych w postaci nepotyzmu, szczęścia, bogatych rodziców, kochającej mamusi w pierwszym roku życia i tym podobnych, skupiajmy się na tych czynnikach, na które naprawdę mamy wpływ. W tym szczególny nacisk na wysiłki własne. I piszę to ja, osoba, która rzuciła jedno ze swoich miejsc pracy nie mając dobrych alternatyw, konflikt z pracodawcą w drugim z miejsc pracy i perspektywę zarabiania mniej w trzecim miejscu pracy z powodu wzrostu wysokości składek i jednoczesnego spadku wysokości stawek. Tak, to ja, wracając właśnie z przedniej konferencji, piszę tę notkę. Staram się, żeby moje życie nie straciło pędu i ciężko pracuję nad nie traceniem kontaktu z realizmem. A uwierzcie, że dla tak paranoicznego człowieka jak ja jest to wyzwanie nie lada.

Przede mną różne wyzwania w życiu i brak narzuconej z góry organizacji dnia związanej z chodzeniem do pracy codziennie. Ponadto, gubię się  w gąszczu przepisów dotyczących rozmaitych składek, które zobowiązana jestem płacić państwu. Mało tego, gubi się w nich również moja nieudolna księgowa, z której byłam tak niezadowolona, że dałam jej wypowiedzenie jeszcze nie mając księgowej następnej. Skok na głęboką wodę. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy otworzę tę notkę i będzie mi do śmiechu, będę czuła, że dokonałam mądrego wyboru i będę szczęśliwa. Póki co robię skok wiary (ang. leap of faith), bo tak bardzo nie odpowiadała mi moja dotychczasowa sytuacja, że możliwa jest w zasadzie tylko zmiana na lepsze. Mało tego, wskutek absolutnego zawalenia sprawy w relacjach rodzinnych, mam poczucie, że ze swymi problemami finansowymi (intrapsychicznymi też) zostałam całkowicie sama. Co zatem powinnam zrobić w takiej sytuacji?

1. Przeprowadzić selekcję rzeczy do zrobienia teraz i możliwych do odłożenia na później. Następnie podzielić cele mniej odległe na etapy i niezwłocznie przystąpić do ich realizacji. Odkładanie na później to unikanie, a unikanie eskaluje problemy.

W poniedziałek muszę iść do urzędu i złożyć tam pewne papiery. Do poniedziałku mam wykonać tłumaczenie (na szczęście posypały się zlecenia dotyczące mojej dodatkowej profesji – jestem naprawdę wysokiej klasy tłumaczem, moja zleceniodawczyni odzywa się średnio raz na rok, Bóg mnie kocha bo stwierdził, że ten raz będzie właśnie teraz). W poniedziałek też powinnam odwiedzić bank i odwołać te wszystkie zlecenia stałe, odkładania na emeryturę i tym podobne bzdury, bo inaczej tej emerytury po prostu nie dożyję z głodu.

2. Nie odcinać się od ludzi.

Ludzie mogą mi pomóc znaleźć nową pracę, tylko trzeba im o tym mówić wprost. Ludzie mogą mi zaoferować pracę, bo się im akurat spodobam. Kontakt z ludźmi jest przyjemny i odstresowuje mnie. Wobec braku wsparcia w rodzinie, każdy wspierający mnie przyjaciel jest na wagę złota. Stres skraca telomery. Ludzie są też źródłem innych nagród, w postaci docenienia, pochwał, dostarczania inspiracji, odkrywania że są osoby mające podobne poglądy/ system wartości. Podczas konferencji poprowadziłam warsztat, który jak mi się wydawało wzbudził umiarkowane (nie niskie) zainteresowanie. Moje odczucie było chyba jednak błędne. Po warsztacie przeprowadzono ze mną wywiad. Interesująca dyskusje rozciągnęła się także poza to, co zostało nagrane. Do końca trzydniowego zjazdu podchodzili do mnie różni ludzie żeby podyskutować na temat kwestii merytorycznych lub by po prostu powiedzieć, że miło im było mnie wysłuchać. W tej szczególnie trudnej sytuacji osobistej ma to dla mnie tym większe znaczenie. Ponadto, poruszałam temat kontrowersyjny, więc brak odrzucenia, a raczej otwarcie na dyskusję tym bardziej cieszy.

Jutro wybieram się na zajęcia z improwizacji teatralno-kabaretowych. Trudne? Jak zawsze, ale będą tam inni ludzie, a takie kontakty są ważne dla mojego zdrowia psychicznego. Nowe, zaskakujące zadania wyćwiczą moją elastyczność poznawczą. Mogę tylko zyskać.

3. Coś dla ciała, coś dla ducha.

Niezmiernie istotne jest dla mnie utrzymanie dotychczasowej aktywności fizycznej. Przez ostatni tydzień bardzo się zaniedbałam z powodu stresu. Żarłam tłusto i słodko, nie przejechałam ani kilometra na rowerze, choć wcześniej przejeżdżałam ich przeszło sto tygodniowo. Tydzień temu wygasł mój karnet na siłownię. Też niedobrze, brak kontaktu z ludźmi. Mniej pracuję, więc powinnam znaleźć więcej czasu na aktywność fizyczną przy świetle dziennym.

4. Sięgnięcie do zasobów

Poszerzanie własnych kompetencji. Doskonale wiem jakie podręczniki powinnam jeszcze przeczytać i co powinnam wykonać choćby w ramach zadań na studiach podyplomowych, które kontynuuję i szczęśliwie opłaciłam za rok z góry. Do czerwca 2016 powinnam się zatem martwić jedynie o swoje postępy w nauce :) Mając więcej czasu powinnam się także móc skupić na napisaniu tych wszystkich artykułów naukowych, które powstawały dotychczas tylko w mojej głowie i umierały albo z braku czasu, albo bardziej w wyniku faktu, że kilka lat temu ktoś chciał ukraść moje wyniki badań i „obroniłam się” przed tym po prostu ich nigdy nie publikując. Niestety reakcja ta zgeneralizowała mi się i nie opublikowała już nigdy nic więcej. Pomysłów badawczych mi nie brakuje. Mało tego, nie brakuje im także innowacyjności. Na krajowych konferencjach naukowych porusza się aktualnie zagadnienia, którymi zajmowałam się kilka lat temu i przedstawia je jako nowość. Ciekawostka: ostatnio zaproponowałam pewnej organizacji szkolenie z zakresu tychże „nowości”, odpowiedzieli, że ich to nie interesuje, że nie znajduje się w spektrum zagadnień, którymi by się zajmowali. Wieszczę, że za kilka lat zmienią zdanie. Gdybym była bardziej elastyczna, zaproponowałabym im jakiś nudny i wyświechtany temat szkolenia. Może to właśnie powinnam zrobić? Mam z pewnością gdzieś na dysku jakieś zakurzone, od lat niezmieniane prezentacje na temat jakichś nudnych bzdur. Tylko czy ja będę szczęśliwa mówiąc o czymś, co nie jest odkrywcze?

Więcej czasu to także może czas na szukanie jakiegoś stypendium zagranicznego? Zawsze się tego bałam, zawsze byłam czymś uwiązana. Teraz nie jestem. Teraz jestem gotowa i ciekawa tego doświadczenia. Co ważniejsze, w zasadzie nie mogę na tym stracić. Przecież niemożliwe żeby mnie to niczego dobrego nie nauczyło. W trakcie jeżdżenia na konferencje wyrobiłam sobie liczne kontakty, w tym międzynarodowe. Nic prostszego jak je odświeżyć. Tymczasem za kilka dni mija termin nadsyłania aplikacji o stypendium konferencyjne do Madrytu. Dlaczego miałabym nie spróbować?

5. Restrukturyzacja poznawcza

Nie lubię zmian, całe życie wybierałam to co znane i bezpieczne. Większość z nas tak robi. Kiedy ostatecznie zdecydowałam się na zmianę, wyobrażałam sobie, że przebiegnie ona łagodniej. Według koncepcji Lazarusa i Folkman postrzeganie danej sytuacji w formie wyzwania raczej niż zagrożenia redukuje nasz poziom stresu. Temu miałoby służyć przeformułowanie sobie w głowie pewnych przekonań. W tym celu odróżniam to, na co mam wpływ od tego co aktualnie niezmienialne. Przeprowadzam eksperyment w postaci wykonywania tego, co zmienić mogę najlepiej jak potrafię i możliwie bezstronnego obserwowania rezultatów. Przypominam sobie sformułowanie „błogosławieństwo w przebraniu” (ang. blessing in disguise) i różnie okoliczności z przeszłości, w których najpierw cierpiałam bo mnie ktoś gdzieś nie chciał, a potem okazywało się, że zdecydowanie zyskiwałam na tym.

Całe swoje życie byłam grzeczna i konformistyczna, bałam się polemizować, mieć inne zdanie niż większość. Ku mojemu zaskoczeniu przykrości nadal mnie spotykały. Dopiero podczas drugich studiów przeżyłam spóźniony bunt adolescenta i przekraczałam swoje dotychczasowe ograniczenia. Bywałam po prostu niegrzeczna, ale w końcu jakaś. Też mnie nie lubiono, a nawet wprost dyskryminowano, ale przynajmniej wiedziałam za co. Dziś ludzie mówią mi, że powinnam być grzeczniejsza, bo m.in. nikt mnie nie zatrudni (a pewnie także się ze mną nie zaprzyjaźni, czy nie wejdzie w związek). Skupię się zatem na szukaniu złotego środka między Ja prawdziwym i Ja idealnym :)

Trzymajcie proszę za mnie kciuki, naprawdę może się to przydać.



niedziela, 22 listopada 2015
Każdego dnia robię coś inaczej niż zwykle

Obierałam dziś owoc granatu. Owoc, który dość długo przeleżał na kuchennym stole, bo nie miałam czasu się do niego dobrać. Dziś ten czas znalazłam i okazało się, że wcale mi go ta czynność nie pochłania tak wiele jak przewidywałam. Przyglądałam się jak natura/ sam pan Bóg chytrze upakowali te nasiona. Jak owoc rozwijał się, komórki się dzieliły, a nasionka wraz z miąższem wędrowały pewnie z jakimś chytrze umieszczonym czynnikiem wzrostu żeby się rozmieścić tak, jak je znalazłam. Fantastyczna sprawa, muszę częściej robić sobie takie ćwiczenia mindfulness.

To był dla mnie taki wyjątkowy weekend bez szkoły, pracy czy wyjazdu konferencyjnego. To znaczy, wczoraj byłam na szkoleniu podczas którego uwodziliśmy się wzajemnie z prowadzącym. Było to nietypowe dla mojego życia, ale miłe interludium w tym zabieganym życiu. Ach tak, tematyka szkolenia oczywiście nie porywała, inaczej skupiłabym się na merytoryce. Na szczęście okazało się także, że fakt iż spóźniłam się ponieważ tylko w sobotę miałam czas odebrać przesyłkę z poczty nie był zbyt wielkim problemem. Potem zaplanowałam wizytę na siłowni.

Z powodu wiecznego pośpiechu często jestem niewyspana, gubię różne rzeczy. Okazało się, że trzy dni wcześniej zostawiłam na tej siłowni pulsometr wart sporą (dla mnie) sumę. Jakimś cudem okazało się, że nikt go nie ukradł, więc nie posiadałam się ze szczęścia jak go odnalazłam. To doprawdy coś nowego, że moje rzeczy nie giną bezpowrotnie i że jest jeszcze ktoś uczciwy na świecie. Już zdążyłam przejrzeć w sieci oferty sprzedaży takiego sprzętu i nie uśmiechał mi się przymusowy wydatek spowodowany własnym niedbalstwem. Tego samego dnia kiedy posiałam pulsometr, poszłam też do kina tylko po to by zasnąć na "Spectre", które zresztą skądinąd bardzo mi się podobało, bo było napakowane akcją od pierwszych (do ostatnich pewnie?) minut.

Dziś zaś przejechałam około 40 km rowerem, przebiegłam dalszych około 6 km, pomachałam kettlebellem, a nawet zaliczyłam saunę. Wczoraj na tej samej saunie podrywał mnie jakiś śniady holenderski mechanik. Nawet się go nie wystraszyłam - pewnie z niewyspania. To męskie zainteresowanie jest dla mnie czymś całkowicie nowym, podobnie fakt, że całkiem mi w tych sytuacjach komfortowo i jestem pogodzona z własną kobiecością. Po dzisiejszych ćwiczeniach pomaszerowałam do opery by obejrzeć pierwszy spektakl od jakiegoś czasu, który naprawdę spełnił moje oczekiwania. Ostatnio trafiałam na same szmiry.

Zrelaksowana usiadłam na sakwie w optymistycznym kolorze by napisać tą notkę. Na własne (nie?)szczęście zajrzałam jeszcze na FB, a tak w podpowiedziach w panelu bocznym znalazlam jakiś profil sympatyków LGBT. Okazuje się, że spotykają się w mojej okolicy. W przypływie entuzjazmu do fundowania sobie nowych doświadczeń miałam nawet ochotę pójść na takie spotkanie, ale obawiam się, że kobiety zaraz oczekiwałyby że się z nimi umówię, albo ktoś każe mi się dzielić własną biografią seksualną. Czy to prawda czy stereotypy? Macie jakieś doświadczenia z sympatykami tych środowisk?

Z szukaniem pracy idzie mi chyba całkiem dobrze skoro zaczynam się martwić jak ja te wszystkie nowe prace ogarnę ;) Tymczasem przebieram się, pakuję na jutro i nastawiam budzik. W przyszłym tygodniu mam jakieś 82 godziny do przepracowania ;)

20:41, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 listopada 2015
Szukanie pracy to też praca

Przez ostatnie tygodnie mniej lub bardziej intensywnie szukam pracy. Zmieniłam nieco strategię w stosunku do tego, jak postępowałam szukając jej kilka lat temu. Złożyło się na to kilka przyczyn, przede wszystkim jednak pewnie przemawia za tym intensywne inwestowanie we własną edukację, czym podparte jest moje aktualne przekonanie, że teraz mam do zaoferowania więcej, więc i należy mi się wyższe wynagrodzenie.

Aplikowałam zatem do samych prestiżowych miejsc z dogodną dla mnie lokalizacją skutkiem czego wysłałam jedynie kilka CV. Prawdopodobnie wszystkie dotarły do adresatów. Co do jednego nie mam pewności, a szkoda, bo na tamtym miejscu zależało mi najbardziej. Niestety, nie dostałam żadnego potwierdzenia doręczenia wiadomości. Do szukania w prestiżowych miejscach skłonił mnie kolega po fachu, który mimo znacznie gorszych kwalifikacji miał szerokie plecy, które go wspierały na ścieżce kariery. Zgodnie z wyobrażeniami osoby, która rzeczonego kolegi w życiu na oczy nie widziała, powinien on teraz wyglądać trochę jak Quasimodo, bo oprócz nieproporcjonalnie szerokich pleców jest to także osobnik o zbyt długim języku. Dzięki tej anomalii anatomicznej był on uprzejmy wypaplać mi także ile w tamtych miejscach zarabia. Jestem absolutnie przekonana, że nie wolno mu tego było zrobić, ale zrobił i dzięki temu ja wiedziałam czego się spodziewać/ jakie mieć oczekiwania.

Efekty eksperymentu behawioralnego pod roboczym tytułem "poszukiwanie pracy" przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Początkowe założenia typu: "zrobię to najlepiej jak potrafię", "rozłożę sobie to zadanie na etapy", "napiszę jak najbardziej atrakcyjne i przejrzyste CV" itp. okazały się niewystarczające. To znaczy, okazało się, że po tych kilku CV zaproszono mnie na trzy rozmowy kwalifikacyjne. Trzecia dopiero przede mną. Na pierwszej przyszła szefowa nie spodobała mi się ani trochę, bo zupełnie nie przygotowała się do rozmowy. Na drugiej, umówionej dziś całkiem spontanicznie, przyszły szef zaraził mnie swoją entuzjastyczną wizją zakładanej właśnie firmy, ale okazało się z kolei, że moja wiedza na temat prawa pracy czy różnych wymogów, które ja muszę spełniać jest niewystarczająca. Szukam teraz rozpaczliwie taniego prawnika, który udzieli mi niezbędnych informacji. W razie czego mam też potrzebę porozmawiania z drugim prawnikiem (tak dla pewności) i księgową (cudzą, bo mojej nie ufam:/).

Czuję się doceniona z powodu stosunkowej obfitości rozmówi kwalifikacyjnych, na które jestem zapraszana. Na każdej z tych rozmów czegoś się uczę. O postępowaniu w takich sytuacjach, o tym co mnie samej odpowiada u pracodawcy, o tym jak inni piszą CV, które lekkomyślnie pozostało na stole po poprzedniej kandydatce... Nauczyłam się między innymi, że warto przyjść nieco wcześniej, obejrzeć to miejsce pracy, zapoznać się z jego atmosferą. Dałam sobie prawo także na to, by coś mi się zwyczajnie nie podobało. Zaimponowało mi także, że przyszli pracodawcy starali się przedstawić własny zakład pracy w jak najlepszym świetle. Zupełnie jakby im zależało (?!) żeby mnie pozyskać. Jedyne czego się jeszcze nie nauczyłam to negocjacja stawek jakie ktoś chce mi zapłacić i ci pracodawcy jakoś tak dziwnie na mnie patrzą. Nie wiem o co im chodzi. Tak bardzo lubią targowanie się? Czy nie mogliby po prostu zaproponować mi największej sumy jaką są w stanie na mnie wydać i przestać mnie obrażać tymi targami? Na razie jeszcze nie usłyszałam od nikogo, że jestem zbyt tania, ale myślę, że do tego droga niedaleka. Muszę poćwiczyć przed lustrem minę jaką powinnam zrobić gdy mi to powiedzą.

Na razie mogę poinformować, że w pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że samo poszukiwanie pracy to także praca. A że jestem tak zapobiegliwa, że szukam nowej zanim zrezygnuję z aktualnej, to swoistym paradoksem jest, że z potencjalnym pracodawcą muszę co najmniej kilkakrotnie negocjować termin rozmowy kwalifikacyjnej zanim ona się w ogóle odbędzie. Nie mam pojęcia, czy powinnam się cieszyć swoistym sukcesem na rynku pracy, czy może zaczekać z fetowaniem do czasu aż rzeczywiście podpiszę jakąś umowę.

Życzcie mi szczęścia i mądrych wyborów.

niedziela, 18 października 2015
Wzięłam siebie na warsztat

Staram się wygrzebać z dołka, bo depresją tego nazwać nie można. Wydawało mi się, że jutra nie będzie, ale uparcie przyszło. Zadzwoniłam do koleżanki, która motywuje mnie jednak do walki o lepsze samopoczucie. No to się zaczęłam starać. Zaczęłam od zrobienia planów, od zastosowania zasady, że robię jedną rzecz na raz (a nie przerażam się ogromem rzeczy, które muszę zrobić w tym samym czasie).

Zdarzyło mi się przypadkiem wziąć udział w konkursach o wejściówki na warsztaty i tym sposobem miałam dwa takie bilety do wykorzystania. Miałam zatem pretekst by w jedyny wolny dzień pomiędzy dwoma wypełnionymi pracą wstać rano (a tym samym nie zalec w łóżku na wieki) i wyjść z domu. (Nie)stety warsztat dla singielek o tym jak znaleźć księcia z bajki okazał się dla mnie mało odkrywczy. Może dlatego, że nie pasuje mi samookreślenie singielka, a raczej „stara panna”, „samotna przegrana smutna pierdoła”, czy inne takie. Może to nie był warsztat dla mnie? ;) A może raczej chodzi o to, że (przewidywalnie!) okazało się, że mam zbyt wiele obszarów do pracy na drodze dojścia do związku. Nabieram coraz silniejszego przekonania, że sprawa może nie jest beznadziejna, ale potrzebuję intensywniejszej pracy w postaci indywidualnego treningu z konkretną osobą. Okazuje się, że istnieje w Polsce rynek takich usług (podobne jak usług męskich prostytutek, khy, khy), ale jest on na tyle wąski, że w praktyce funkcjonuje on jako bardzo ekskluzywne konsultacje via Skype. Nie odpowiada mi to, potrzebowałabym kontaktu osobistego. Muszę przyznać, że przynajmniej pod tym względem panowie do towarzystwa proponujący realne spotkanie za pieniądze wypadają lepiej;) Także tego, jakby co to mam wolną stówę do zagospodarowania na rozwój, ekhem!, własny.

Ponieważ w zakresie gotówki dysponuję niewiele więcej niż wyżej wymienioną stówą i właśnie szukam nowej pracy, pomyślałam sobie, że jak nic przyda mi się warsztat o przekonaniach utrudniających zarabianie pieniędzy. Ten był w moim odczuciu fajniejszy niż opisywany wyżej, ale może dlatego, że temat finansów mimo wszystko uważam za łatwiejszy do ogarnięcia. W wyniku uczestnictwa w warsztacie doszłam do wniosku, że przeprowadzę coś, co fachowo nazywa się eksperymentem behawioralnym. To znaczy zrobię najlepiej jak potrafię wszystko żeby znaleźć nową pracę, która będzie lepsza od poprzedniej, zamiast jęczeć na blogu, którego i tak nikt nie czyta (a przynajmniej nie potencjalni pracodawcy, a przynajmniej taką mam nadzieję…), że znowu nie ma i znów jestem nieszczęśliwa. Myślę, że mój problem w tej kwestii polega też na tym, że jestem już zmęczona robieniem wszystkiego sama podczas kiedy obserwuję, że komuś innemu pracę załatwia żona czy mamusia. Co pocieszające, na warsztat przyszły osoby w różnym wieku, które miałby problem podobny do mojego. Zawsze to jakaś pociecha, że i inni się z tym zmagają.

Na dobre zakończenie dnia, mimo deszczu, poszłam na trening mobility w profesjonalnym crossboxie. Dla tych, którzy nie wiedzą jak taki trening przebiega wyjaśniam w skrócie, że chodzi głównie o to, że w ascetycznej przestrzeni crossboxu przychodzi do was trener, który ma ciało greckiego herosa i mniej lub bardziej zdecydowanie perswaduje, że wasze znękane ciało ma znacznie większą ruchomość w stawach niż podejrzewaliście. Jest to ekskluzywne doświadczenie narzucanej sobie samodzielnie tortury, w której ból rozciąganego mięśnia sprawia, że umysł opuszcza ciało, a przynajmniej chowa się w jakimś strasznie malutkim i ciasnym kawałku czaszki. Jest to przeżycie medytacyjne i mindfulnessowe. Nie mogę powiedzieć, że całkowicie negatywne, czy nieprzyjemne. Dodatkową wartość miało dla mnie to, że ćwiczyło się w parach, a okazuje się też, że taki trening czy cały crossfit to totalnie męska sprawa. W tym zakątku siłowni kobiety widziałam tylko na plakatach. Zatem jak sobie ćwiczyłam w parze z facetem, który miał tylko troszkę mniej mięśni niż grecki bóg, to ten kontakt fizyczny był dla mnie bardzo przyjemny :). Zwłaszcza, że trafił mi się gość, który był delikatny, choć pewnie z łatwością mógłby wyrwać mi rękę ze stawu ramiennego (takie supermobility). Generalnie wiecie, od wczoraj gustuję w Mariuszach Piąchach tego świata, co by znaczyło, że warsztat dla singielek może jednak zasiał jakieś ziarno w moim znękanym bólem umyśle.

Siedzę sobie teraz na obolałym tyłku z jeszcze bardziej obolałymi i piekącymi przywodzicielami ud (co jeszcze się, do diaska, działo poprzedniego wieczora?!) i w dość dobrym nastroju przystępuję do szlifowania własnego CV.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70