RSS
czwartek, 15 października 2015
Czuję się źle sama ze sobą

Przyszła jesień, dzień się skrócił, a ja zaczęłam pracować w zespole, który nie bardzo lubię. Na dodatek porozmawiałam sobie z (młodszym!) kolegą z pracy na temat tego gdzie to on tam nie pracuje dodatkowo i ile zarabia. Wskutek tej zgubnej konwersacji doznałam nawrotu dennego samopoczucia sprzed lat kilku. Spadła mi samoocena, nastrój, energia, libido liście z drzew spadają... Generalnie czuję się jak zawartość szamba, co jest tym boleśniejsze, że ostatnio czułam się w miarę stabilnie i robiłam rozsądne rzeczy z własnym życiem. Udawało mi się to głównie dzięki unikaniu "wkręcania się" w pesymistyczne rozważania i niekończące się porównania z innymi, w których oczywiście zawsze wypadałam gorzej. Jak to jest w ogóle możliwe, że ja zawsze jestem gorsza niż wszyscy?!

Mam świetne kwalifikacje, dużo doświadczenia praktycznego, kilka tysięcy godzin szkolenia podyplomowego, kilkaset godzin uczenia/szkolenia innych, kilkadziesiąt doniesień zjazdowych i kilka artykułów naukowych na koncie. Pewnie, że mogłoby być więcej, ale kto inny z tego zrobiłby złoto, a mnie grozi utrzymywanie się za kilkaset złotych miesięcznie, bo za dwa miesiące zakończy się moje zatrudnienie w podstawowym miejscu pracy. Kto inny by sobie poradził, a ja kompletnie nie umiem się znaleźć w tej sytuacji. Nie wiem czy i gdzie szukać nowego zatrudnienia, czy może zdecydować się na otworzenie własnej działalności. Całe życie brzydziłam się pieniędzy, pracowałam za darmo. Zostałam wychowana w poglądzie, że jeśli ktoś jest zamożny, to na pewno jest także nieuczciwy.

Za kilka dni wybieram się na warsztat dotyczący tego, co przeszkadza nam w zarabianiu pieniędzy. Wygrałam wejściówkę to idę. Inaczej nic by mnie nie zmusiło do wydania kilkudziesięciu złotych na warsztat o tym jak się nie brzydzić zarabiania. Po cenie wnoszę, że panie prowadzące tego problemu nie mają. Może zatem trafiłam na właściwy adres? Nie omieszkam się potem podzielić wrażeniami. Oczekiwania co do zajęć mam bardzo duże. Skąd się biorą moje problemy pieniężne już wiem, spodziewam się zatem że tam mi powiedzą jak je rozwiązać. Rodzice przekazali mi kult pracowitości. Doskonale zrozumiałam przekaz o tym, że trzeba być sumiennym i ciężko/ dużo pracować. Niestety, nie utrwaliło mi się przekonanie o tym, że zasługuję również na dobre wynagrodzenie.

Zakładam, że moje problemy można rozwiązać (chyba?). Powinnam tylko po prostu rozejrzeć się za nowym miejscem pracy, a to jest dla mnie trudne. Nastawiłam się zadaniowo i podjęłam się aktualizowania własnego CV. Mam szereg negatywnych przekonań na temat szukania pracy. Między innymi takie, że można ją znaleźć tylko pocztą pantoflową, a ponieważ nikt mnie nie lubi bo jestem okropna i piekielnie zdolna zarazem, to też na pewno nikt mi nie pomoże, nie zarekomenduje etc. Być może dojdę do wniosku, że dobra praca czeka na mnie wyłącznie za granicą. Byłoby to jakieś rozwiązanie, prawdopodobnie błogosławieństwo w przebraniu. Zaraz przejrzę listę potencjalnych pracodawców, zastanowię się gdzie sama mogę zamieścić ogłoszenie. Wysłałam też właśnie do księgowej różne pytania, na które oczekiwałabym odpowiedzi. Strasznie dużo tej kobiecie płacę, a ta się przy mnie nie napracowuje. Nawet auta nie mam. Nigdy nie zrobiłam prawa jazdy, bo miałam przekonanie, że samochody są tylko dla bogatych, więc ja swojego mieć nie będę.

Jest dla mnie autentycznie przygnębiające, że funkcjonuję tak bardzo poniżej własnych możliwości, czuję się ze sobą źle i średnio widzę perspektywy na poprawę tego stanu rzeczy. Macie dla mnie jakieś konstruktywne rady? W momentach takich jak dziś zupełnie mnie nie ciekawi co przyniesie jutro, a potem to jutro jednak jakieś przychodzi i nawet zawiera pozytywne momenty. Co zrobić żeby ich było jak najwięcej?

Tagi: refleksje
02:12, wildfemale
Link Komentarze (4) »
środa, 16 września 2015
"Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie." - recenzja

Prawdopodobnie nie jestem grupą docelową tej książki, gustuję raczej w podręcznikach dla fachowców. Keszka nie jest seksuologiem, za to jest po prostu kobietą z dużym doświadczeniem seksualnym. Jest oczytana w tematyce i ma dość lekkie pióro. Tym bardziej zaskakuje więc fakt, że jako motta poszczególnych rozdziałów niezmiernie często wybiera ona cytaty... z siebie i nachalnie chwali swoje sklepik i książkę na kartach... własnej książki.

Pozycję tę przeczytałam w szczególnym dla mnie czasie, w zasadzie zdobywając nowe doświadczenia seksualne. Sprawiło to niechybnie, że spojrzałam na zawarte tam treści w innym świetle. I choć zaskoczyło mnie, że autorka dwukrotnie wprost atakuje prof. Lwa-Starowicza, to doceniam również jej niewątpliwe oczytanie w materii seksuologicznej, choćby miała to być raczej literatura dla osób chcących lepiej cieszyć się seksem niż pracujących w kontekście klinicznym seksuologów.

Gdybym spotkała autorkę osobiście, prawdopodobnie wystraszyłabym się jej. Boję się kobiet krzyczących o seksie. Uważam, że ćwiczenia mięśni Kegla czy odpowiedni dobór wibratora są ważne, ale jednocześnie ze sceptycyzmem i lękiem odnoszę się do osoby, która zamieszcza na ten temat filmiki w sieci i zachwyca się malowaniem podobizn żeńskich narządów płciowych. Nawiasem mówiąc, mówienie, że pochwa jest widoczna w lusterku jest grubym błędem merytorycznym (takim, którego Starowicz pewnie by jednak nie popełnił;)). Otóż po odpowiednim ustawieniu lusterka zobaczyć można co najwyżej srom, ewentualnie błonę dziewiczą, ale nie pochwę. Gdyby obejrzenie tego kanału było tak łatwe, ginekolodzy nie potrzebowaliby wzierników.

Jednocześnie podobają mi się zdjęcia autorki z dobrej jakości wibratorami jak choćby to widniejące na okładce. Uważam, że faktycznie służy to przełamaniu jakiegoś tabu wokół gadżetów erotycznych w ogóle. Ponadto, przyznacie, że jest to niecodzienna ekspozycja wibratora, który przedstawiany jest zazwyczaj raczej w kontekście kadrów z filmów porno lub (druga skrajność!) neutralnych filmików promocyjnych, jakie firmy zamieszczają na Youtube. No przyznajcie, ile razy widzieliście dobrze wykonany wibrator trzymany niczym egzotyczny kwiat w kontekście uśmiechniętej kobiecej twarzy?

Wziąwszy poprawkę na to, co napisałam na początku, czyli że książka prawdopodobnie w ogóle nie jest adresowana do osób takich jak ja, uważam, że dobrze się stało iż w ogóle została ona wydana. Wiele zawartych w książce rad, zadań do wykonania, ćwiczeń, ma wszelkie szanse przynieść obiecywane rezultaty. Są one zgodne ze sposobem wprowadzania oddziaływań np. w psychoterapii poznawczo-behawioralnej, a jednocześnie podano je w tak strawnej formie, że pewnie wiele kobiet spróbuje zmienić nawyki, bardziej otwarcie się komunikować, czy wreszcie zweryfikuje swoje przekonania na temat seksu. Podejrzewam również, że po taką literaturę sięgną kobiety ( i mężczyźni!), którzy nie zainteresowaliby się podręcznikiem seksuologii. Mimo przydatności zawartych rad, drażnił mnie ton wielkiej odkrywczości autorki, choć przecież przyznaje ona, że swoje porady opiera na tym, co wcześniej sama przeczytała. Mówi ona m.in. o technice, w której każdy z partnerów ma „swoje” dni w tygodniu, kiedy to spełnianie jego oczekiwań ma priorytet. Technikę taką, nazywając ją techniką świąt, opisuje w swoich książkach sprzed 20 lat Lew-Starowicz, który przecież jest również psychoterapeutą.

Ostatecznie, książkę jednak polecam, szczególnie osobom, które chcą zmienić coś w swoim podejściu do seksu, związków, czy, co za tym idzie, polepszyć jakość swojego seksu. Warto spróbować, i tak nie stanie się nic, na co byście sami nie wyrazili zgody. Mocną stronę książki Keszki stanowi także to, że przedstawia ona kobiecą perspektywę, której brakuje w polskim dyskursie na ten temat. Niejednoznaczny pozostaje dla mnie jednak profil adresata, którego autorka sobie wyobrażała pisząc swoje słowa. Pozycję wydano w wydawnictwie, które przywodzi raczej skojarzenia z przewodnikami turystycznymi. Tytuł sugeruje coś lekkiego, wrażenie to podtrzymuje nieoczywista okładka czy komunikatywny i dowcipny w gruncie rzeczy styl, w jakim napisano poszczególnie rozdziały. Pomiędzy tą lekkością znajdziemy jednak konkretne techniki pomocne przy rozpoznawaniu czy wręcz rozwiązywaniu określonych problemów związanych z seksem i relacjami. W odpowiednim kontekście z samych technik czy biblioterapii daną książką mógłby skorzystać wykwalifikowany terapeuta, któremu także nie zaszkodzi zapoznanie się z tą pozycją, choćby i po to, żeby wiedział co chce ewentualnie skrytykować ;)

niedziela, 06 września 2015
W moim życiu zmiany na gorsze

Nie lubię zmian, większość ludzi nie lubi zmian. A szczególnie takich zmian na gorsze. W ciągu jednego tygodnia jedno z moich miejsc pracy zmieniło lokalizację. Co z tego, że siedziba ładna i po remoncie, skoro zupełnie nie przystosowana do profilu prowadzonej w niej działalności? Po drugie, zmieniono mi rozkłady jazdy. Komunikacja miejska w mojej dzielnicy miała się rozwinąć, a tymczasem z mojej perspektywy zmiany zaszły na gorsze. Przynajmniej ja mam gorszy dojazd w istotne dla mnie lokalizacje. Wynika z tego, że czeka mnie kolejna zmiana. Mianowicie zrobienie prawa jazdy. Jednak to wszystko nie byłoby jeszcze takie najgorsze. Okrężną drogą zmierzam do opowiedzenia Wam o zmianie naprawdę dla mnie dramatycznej, która zainicjowała się dokładnie tydzień temu. Od tego czasu starałam się być permanentnie zajęta, gdyż odkryłam, że to najlepiej przeciwdziała pesymistycznym ruminacjom.

Równo tydzień temu odebrałam niespodziewany SMS. Wiadomość po trzech latach od tajemniczego przerwania kontaktu pod byle pretekstem. Kontaktu, który był dla mnie naprawdę ważny i bliski. Łączyło nas bardzo wiele, ale gdy zaczęło łączyć zbyt wiele, w relacji pojawiły się trudności. Przestaliśmy się do siebie odzywać z błahego powodu. Początkowo powitałam perspektywę odnowienia znajomości z ogromnym entuzjazmem, potem było tylko gorzej. Coraz gorzej czułam się też ze sobą. Byłam zła, że wszystkie moje uczucia sprzed trzech lat odżyły, że wystarczy pstryknąć w palce a ja gotowa jestem na przeprowadzenie rewolucji we własnym życiu. Żebyście tylko widzieli te moje fantazje erotyczne! Krótkotrwale zaczęłam funkcjonować na przyjemnym endorfinowym rauszu i przypomniałam sobie, że mam jakąś seksualność.

Odbyła się jedna rozmowa telefoniczna, która zbiła mnie z tropu. Okazało się bowiem, że jedynie ja kocham, zaś odświeżający znajomość właśnie nie dość, że rozważa odległy wyjazd, to jeszcze planuje wejście w nowy związek. Wyobraźcie sobie jak bardzo mnie to pogrążyło. Ponadto okazało się, że obie strony rozwinęły się psychicznie i zupełnie zmieniła się dynamika relacji między nami. Zastanawiałam się po co w ogóle odzywać się po tak długim czasie, żeby mi się chwalić jak dobrze sobie człowiek radzi w życiu. I dlaczego właśnie w tym momencie tego życia? Bardzo mnie to zraniło.

Mimo początkowej chęci na kontakt osobisty (innych nie uznaję, szkoda mi czasu na pseudorelację przez wiadomości tekstowe), zdecydowałam się z niego zrezygnować. Bałam się, że przy spotkaniu ośmieszę się, albo że będę miała ochotę się powiesić z rozpaczy. Stwierdziłam, że najważniejsze dla mnie jest dbanie o własne zdrowie psychiczne. Pracuję sobą na co dzień, zależy mi na tym, by moje narzędzie pracy było w najlepszej formie i jak najlepszej jakości. Zadzwoniłam by powiedzieć, że jednak się nie spotkamy. Ani teraz, ani nigdy. Uzyskałam naiwne zapewnienia o miłości, która była kiedyś, a teraz już jej nie ma, o aktualnym braku chęci do związku ze mną i jednoczesnym żalu że związek ten nigdy nie miał miejsca, a na koniec pytanie na które nie chciała udzielać odpowiedzi. Czyli, czy stała mi się jakaś krzywda przez to, że kontakt ten został odnowiony.

Owszem, boli mnie jak diabli i jestem wściekła, że po raz drugi dałam sobie złamać serce. Czuję do siebie obrzydzenie, że okazałam się tak naiwna. Nie chciałam jednak o tym mówić. Po co, skoro i tak nie będziemy w relacji? Reflektując o tym już wiedziałam, że będę potrzebować kogoś, żeby mi pomógł się z tym uporać. Zmiecie mnie na szufelkę i poskłada potem jak układankę. Dużo później wpadłam na pomysł opisania tego tutaj. Tym razem po to, by podzielić się dobrem, które wynikło z tego epizodu. Po kilku dniach znalazłam w sobie także wdzięczność za to, że człowiek ten odezwał się do mnie po tym czasie, choć motywacja tego czynu pewnie do końca pozostanie dla mnie niejasna. Dostałam swoje domknięcie tak nagle przerwanej relacji. Dowiedziałam się, że byłam ceniona za intelekt, ale i kochana, choć zawsze miałam co do tego wątpliwości. Przez czas rozstania moje mechanizmy obronne były tak silne, że zupełnie zapomniałam o tym, że wciąż mam w pamięci urządzenia numer telefonu tej osoby i niezliczone SMS-y o jawnie erotycznej treści.

Staram się sobie z tym wszystkim radzić nie tylko przez wzmożoną aktywność. W gruncie rzeczy, wraz z upływającymi dniami, wyciągam z tej niecodziennej sytuacji coraz więcej pozytywnych aspektów, choć gdybym miała wybierać, oczywiście wolałabym, żeby mi się nic tak przykrego nie wydarzyło. Przede wszystkim dostałam ogromnego kopa do działania. Jeszcze częściej wychodzę do ludzi, częściej się do nich uśmiecham, mniej zamykam się na kontakt z innymi. Kiedy wchodzę do pubu nie sięgam od razu po książkę (sic!), ale raczej rozglądam się za znajomymi twarzami. Założyłam sobie konto na Facebooku i choć organicznie tego medium nie znoszę (nie ufam, czuję się śledzona, nie ogarniam ustawień prywatności, wciąż nie wiem czy inni widzą moją datę urodzenia w profilu czy nie), to nawet zamieściłam tam swoje autentyczne zdjęcie. Mam nadzieję, że ułatwi mi to nawiązywanie realnych kontaktów. Zwłaszcza, że w polubione wrzuciłam wszystkie instytucje kulturalne, które regularnie odwiedzam. Zamierzam umówić się na spotkanie (randką tego nazwać nie śmiem) z mężczyzną. A przede wszystkim zyskałam kontakt z emocjami w sobie, które dotychczas były dla mnie niedostępne. Zapomniałam już, że mogę czuć zakochanie, a nawet czułam się nienormalna i gorsza od innych ponieważ było ono dla mnie niedostępne. Poczułam tęsknotę i ból rozstania. Łatwiej jest mi to dostrzegać w innych ludziach i rozumieć ich. Pojęłam już jak to się dzieje, że zakochani ludzie podejmują nieracjonalne, nawet szkodliwe dla nich decyzje. Stałam się łagodniejsza dla świata, a przez to i dla siebie samej.

Piszę tu o własnych uczuciach nie dlatego, że tak trudno je w sobie pomieścić, ale raczej gdyż jestem dostatecznie silna by się im przyglądać, porządkować, czerpać z nich i dzielić się tym procesem odkrywania.

Nie dostałabym tego wszystkiego w tak krótkim czasie, gdyby nie wydarzyły się w moim życiu wszystkie te zmiany na gorsze. Czy na pewno tylko na gorsze?

poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Rachunek sumienia

Dzień wczorajszy można by było zaliczyć do udanych. Gdyby nie gryzące wyrzuty sumienia. Czuję się jak kilka lat temu, kiedy kilka dni chodziłam do sklepu z zamiarem kupienia smartfona za prawie 2 tysiące złotych. Nawiasem mówiąc na swoje usprawiedliwienie dodam, że używam tego telefonu do dziś i jestem w miarę zadowolona. Gdybym postąpiła zgodnie z odwiecznymi radami mojego ojca i poczekała ("za rok będą tańsze", "po co ci aparat fotograficzny skoro będą kamery?", "w przyszłym roku będą laptopy z dwoma rdzeniami więc poczekaj"), teraz miałabym ten sam sprzęt za około 650 zł. Inna sprawa, że teraz pewnie bym go już nie chciała.

Skąd moje ówczesne rozterki? Bo bieda, bo oszczędności, ale przede wszystkim "bo to dla mnie za drogie". Jakbym nie zasługiwała na coś w tej cenie. Oczywiście, pamiętam, że drogi nie zawsze znaczy dobry, ale skoro już szukałam telefonu, a smartfon ułatwiał i ułatwia mi pracę, to dlaczego by się nie zdecydować na model, który był wówczas najbardziej funkcjonalny? Niestety, od tego czasu kilka lat temu najwyraźniej niewiele się w mojej głowie zmieniło jeśli chodzi o wydatki na siebie. A szkoda.

Wydałam wczoraj około 330 złotych i... walczę z poczuciem winy. Choć przecież nie jest to obiektywnie wielka suma, nie wydaję tyle codziennie, a ponadto nie była to kompensacja czy próba poprawienia sobie nastroju na siłę. Nastrój miałam i bez tego bardzo dobry. Zadbały o to słońce, przebieżka na 12 km i 18-kilometrowy spacer:) Między tymi aktywnościami fizycznymi wydawałam pieniądze. Potem wróciłam do domu, wzięłam talię paragonów do ręki i jęłam się zastanawiać, czy z czegoś jednak można było zrezygnować.

Rano, bezpośrednio po biegu, poszłam do spożywczego, gdzie kupiłam 5 produktów za niecałe 9 złotych. Same potrzebne rzeczy, w tym woda i coś do zjedzenia po wysiłku. Na razie nie było źle. Potem wstąpiłam do apteki, ku miłemu zaskoczeniu kupowany przeze mnie preparat  kosztował tylko 17,50 zamiast 23. Apteka odbiła sobie chyba tę różnicę na witaminie C, za którą zapłaciłam prawie 7 zł. Tym sposobem rozstałam się z 24,40, ale nie zrezygnuję przecież z realizacji recepty. Następnie odwiedziłam drogerię z zamiarem kupienia emulsji do opalania. Zakup przymusowy po tym, jak wczoraj przypiekłam się na przedramionach, szyi, twarzy i podudziach. Od lat nie używałam kremów z filtrem. Najwyraźniej za dużo siedziałam w murach. przed wizytą w drogerii sprawdzam w internecie ceny. To stąd wiem, że emulsję najlepiej kupować w drogerii A, zaś balsam do ciała w drogerii B, bo akurat mają dobrą promocję. Przy okazji wizyty w pierwszej drogerii znajduję też na półkach żel do mycia twarzy, którego regularnie używam w promocyjnej cenie (około 5 zł zniżki). Tym sposobem zostawiłam w sklepie 22,48, a nie minęło nawet południe. W mojej głowie rodzi się pomysł napisania tej notki. Zbieram paragony do kieszeni i zastanawiam się, czy nie stałam się nadmierną ekshibicjonistką, skoro opisuję własne paragony w sieci.

Podczas spaceru napotkałam często mijany sklep z markowymi ubraniami. Zawsze dochodziłam do wniosku, że nie jestem grupą docelową dla tego sklepu, poza tym wciąż mam za złe, że rzeczony sklep "zabrał" mi sklepy innych marek, które wcześniej się tam mieściły, a potem zniknęły bez uprzedzenia. Tym razem jednak kusi mnie afisz o przecenach do -70% i wchodzę. Być może tam zaliczyłam pierwszą wpadkę. Choć planuję wyprawę do warszawskiego outletu za miesiąc, zaczęłam się interesować stanowiskiem ze skarpetkami. Ostatnio zawsze kupuję skarpety w Warszawie ;) Mną zainteresowała się sprzedawczyni, zresztą mam wrażenie, że wynikało to z faktu, że podejrzewała mnie iż chcę coś ukraść. Mimo mitycznych przecen, ceny w snobistycznym miejscu są nada wysokie, klientela nieliczna i raczej obcojęzyczna. Ostatecznie kupiłam 3 pary skarpet Reeboka za 29 zł, a pani nawet dała mi wielką papierową torbę. Para skarpet za 9,67 to raczej tanio, skład skarpet też mi odpowiada, ale zaczynam się zastanawiać, czy na pewno ich potrzebowałam i czy nie da się taniej. Dopadła mnie paranoja oszczędzania, ale dalej będzie tylko gorzej.

Weszłam do dużej galerii handlowej. Planowałam to. Już przed wejściem planuję odwiedzić drugą drogerię, w której akurat mają promocje na balsam i krem, które chcę kupić. Szukałam krótkich spodenek do ćwiczeń. Rozważam też zakup bluzy technicznej z długim rękawem jeśli akurat trafi się atrakcyjna oferta. Przy okazji wstąpiłam do spożywczego, bo tylko tam mają taką wodę mineralną, którą piję i bułki, które chcę zjeść jutro na śniadanie. Wydałam nieco przeszło 10 zł. Być może mogłam zrezygnować z napoju wzbogaconego magnezem i jogurtu z wyjątkowo wysoką zawartością białka. Rachunek byłby o połowę niższy. W porze obiadowej wydałam 12 zł na smaczny posiłek. Miałam kupon zniżkowy. Prawdopodobnie przygotowanie tego w domu kosztowałoby mnie tyle samo. Nie ma rozpaczy. To koniec zakupów spożywczych na ten dzień. No może nie licząc 3 zł na batoniki, bo akurat były w promocji. W drogerii zostawiłam 36,98 za balsam do ciała, którego używam stale i właśnie mi się kończy krem do stóp dobrej firmy, który znalazłam buszując w internecie w poszukiwaniu taniej oferty kupna balsamu. Jeśli wierzyć promocjom, na tych produktach zaoszczędziłam 10 złotych.

Zgodnie z planem udało mi się znaleźć sportowe szorty. Cena 50 żł, skład nie do końca mi odpowiadający, bo szukałam 100% bawełny, a znalazłam mieszankę 1:1 z poliestrem. Pomyślałam, że przynajmniej będą szybciej schły i wzięłam. W trakcie pisania mam je na sobie, podobnie jak nowe skarpety. Cieszę się nowymi zakupami. W sklepie z szortami rezygnuję z zakupu butów, które podobały mi się od kilku lat. Mieli świetną cenowo promocję, mój rozmiar buta, but ładny. Niestety po zmierzeniu okazało się, że męskie obuwie w tym modelu ma za szeroką piętę. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym to długo nosić i nie czuć dyskomfortu. Odkładam białe buty na półkę. I tak nie planowałam ich zakupu. Cieszę się z tego gestu, bo oznacza, że nie straciłam kontroli . Traf jednak chciał, że w galerii handlowej mają również księgarnie, a ja uwielbiam książki. Nieplanowane zakupy obejmują "tanią książkę" o prezenterkach telewizyjnych z czasów PRL za 14,99 i książkę o seksie za 27,93, którą kupiłam bo akurat była z 30% zniżką.

W ostatnim ze sklepów wyszukałam spódnicę za 89,99. Mam już w domu jedną podobną, sprawdza się. Ponadto, odkrywanie własnej kobiecości ma niewypowiedziany urok, więc z wahaniem zdecydowałam się jednak na ten zakup. Przy okazji zmierzyłam krótką spódniczkę o niefortunnym kroju i sukienkę w promocyjnej cenie. Przy okazji zorientowałam się, że tym razem nawet w damskim dziale mój rozmiar to S lub XS (dotychczas tak działo się raczej w działach męskich). Zrezygnowałam ze spódniczki i sukienki bo były jakieś takie za kuse. Z racji posiadania karty programu lojalnościowego pani w kasie poinformowała mnie, że jak u nich kupię za jeszcze 150 zł, to będę miała 50 zł rabatu. Uśmiechnęłam się na tę wieść, zakupy u nich robię raz na kilka miesięcy i tak pozostanie.

Po powrocie do domu byłam szczęśliwa, zmęczona, ale nie udało mi się pozbyć wyrzutów sumienia. W żadnym ze sklepów nie wydałam więcej niż 100 zł, a wszystkich z zakupionych rzeczy będę używać. Dlaczego zatem się martwię? W mojej głowie rodzi się pytanie o to, czy aby podczas tych zakupów

Czy wygenerowano u mnie potrzebę, której wcześniej nie miałam? Nie planowałam zakupu książek, ale po sprawdzeniu w katalogach bibliotek, do których należę okazuje się, że nie ma ich również w ich zbiorach. Jeśli chcę zatem te książki przeczytać, to musiałam je kupić. Poszukiwania w sieci wykazały, że nie dało się tego zrobić taniej. Nie planowałam też zakupu spódnicy, ale zakup ten miał dla mnie wartość terapeutyczną. Tak rzadko zaopatruję się w dziale damskim. Pewne wątpliwości budzi też u mnie zakup kremu do stóp, zwłaszcza że inne firmy oferują podobny produkt o kilka złotych taniej, ale przekonały mnie pozytywne recenzje w sieci i pewne różnice w składzie kremów, które porównałam stojąc przy półce w drogerii.

Czy nie byłoby mi łatwiej, gdybym podczas zakupów nie słyszała głosów rodziców, którzy każą oszczędzać, poczekać, zacisnąć pasa? Czy Wy też macie takie "demony" przeszłości?

02:38, wildfemale
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 sierpnia 2015
Globalna wioska - hit czy kit?

Jestem zafascynowana możliwościami Internetu. Zachłysnęłam się nim od kiedy tylko stałam się użytkownikiem, czyli jakieś kilkanaście lat temu. Dostęp do sieci w domu zaczęłam mieć jeszcze później. Moi nadopiekuńczy rodzice nie byli wcale zainteresowani podłączaniem mnie do sieci, a najprawdopodobniej nie widzieli także jej potencjału. W dzieciństwie zdarzało mi się korzystać z Internetu w miejscu pracy ojca, oczywiście pod jego czujnym nadzorem. Siedział mi za plecami i wpatrywał się w monitor. Zapomnijcie o swobodnej eksploracji możliwości tego medium.

Kiedy już zaczęłam korzystać z sieci, natychmiast zainteresowałam się cyberpsychologią. To mój konik do dziś. Globalna wioska daje niespotykane wcześniej możliwości. Fascynuje mnie to, jak sama funkcjonuję w sieci, jak jestem odbierana i jak siebie przedstawiam. Internet jest egalitarny i niezmierzony. Okazuje się jednak również, że jest to idylla tylko na pierwszy rzut oka. Zagłębienie się w gąszcz szczegółów ujawnia, że w sieci czyhają także nieznane wcześniej zagrożenia przed którymi obrona bynajmniej nie jest intuicyjna. Ewolucja ludzi nie przewidziała rozwoju wirtualnej sieci oplatającej cały świat.

Jesteśmy nieprawdopodobnie śledzeni przez nowoczesną technologię. Szczególnie przez urządzenia z dostępem do Internetu. Poprzez taki dostęp nieuczciwa osoba może ukraść nasze dane, wpłynąć na to jak funkcjonuje urządzenie na którym pracujemy, a przede wszystkim dokonać analizy zdobytych pokątnie danych i dowiedzieć się o nas takich rzeczy, jakich nie ujawnilibyśmy wszem i wobec. Nieczęsto widuję ludzi stających na rynku chwalących się jaką pornografię lubią, ujawniających PIN do karty kredytowej, czy choćby mówiących, że kochają Zośkę, a Doda to ladacznica. Zestawienie danych z urządzeń mobilnych, serwisów społecznościowych, list kontaktów, pokazuje sieć powiązań danej osoby. Gdzie bywała, z kim, kogo zna, jak często się kontaktowali, to wszystko można wywnioskować z aktywności w sieci. I informacje takie jak najbardziej są gromadzone i analizowane w ten sposób co ujawniła afera dotycząca NSA rozpętana przez Snowdena.

Inna sprawa, że nie chcemy wierzyć iż najlepszy przyjaciel Internet nas śledzi. Obnażamy się przed nim. Zamieszczamy nieprzemyślane komentarze, przesyłamy spontanicznie zrobione nagie fotki, prowokujemy innych użytkowników sieci... W Internecie eksperymentujemy z własną tożsamością. Nie tylko nastolatki to robią. Ostatnio przeczytałam książkę swingersów, którzy między innymi skarżą się, że na portalach, na których szukają kochanków masa jest ludzi, którzy przestają odbierać telefony, czy po trzech dniach likwidują konto. Po co marnować czas swój i innych jak nie dla eksperymentu z własną seksualnością? W tym przypadku raczej myślowego.

Nie jestem swingersem, ale też szukam kontaktu przez Internet i naprawdę źle mi to idzie. Przez Internet można robić naprawdę fascynujące rzeczy, także zaoferować coś od siebie. Piszę blog, na który codziennie zagląda kilkadziesiąt osób. Nie jest to wiele, ale cieszę się, że w ogóle ktoś mnie czyta. Inaczej nie byłoby sensu się tu udzielać. Internet pozwala mi także być wolontariuszem mimo codziennego zabiegania. Robię tłumaczenia dla TED. Zresztą właśnie dzięki jednemu z wykładów zawartych na tamtej stronie dowiedziałam się o możliwości bycia dawcą głosu do syntezatorów mowy. Takim oto sposobem jestem wolontariuszem dla firmy mieszczącej się w Stanach Zjednoczonych;) Wolałabym robić coś na rzecz firmy mieszczącej się w moim mieście.

Intensywnie ćwiczę, korzystam z darmowej aplikacji, która ułatwia liczenie kalorii i monitorowanie treningów. Pomyślałam, że bardziej zmotywowałoby mnie, gdybym sobie znalazła także inne osoby korzystające z tego narzędzia. Mimo rozsyłania przeze mnie ogłoszeń na forach, łatwiej było mi znaleźć "koleżanki" ze Stanów Zjednoczonych i teraz to ich posty motywują mnie do dalszych wysiłków. Sama nie wiem jakie by to miało mieć znaczenie w sieci, ale ja wolałabym czytać wpisy kogoś, kto mieszka za rogiem, być może biega po tych samych trasach, a tymczasem czytam o wyczynach pani na jakiejś amerykańskiej siłowni, której pewnie w życiu nie zobaczę. Szkoda, smutek i pustka.

A na koniec najważniejsze, ale naprawdę żenujące. Z racji zapracowania/ nieśmiałości postanowiłam sobie poszukać w sieci męskiego towarzystwa. Nie na portalu, do takich nigdy nie miałam przekonania, ale na czacie. Być może sama jestem sobie winna i szukanie w takim miejscu skazuje mnie na porażkę? Masa jest gawędziarzy i "eksperymentatorów", ale w Internecie sprawdza się... szczerość. To znaczy, jasne określenie oczekiwań zazwyczaj dość szybko odsiewa tych, którzy chcą czegoś innego. Okazuje się, że najczęściej to oni chcą jakiejś przygody na boku i zupełnie nie rozumieją czemu nie ma tabunów chętnych. Choć dla sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że jakieś chętne na pewno są, co pewnie właśnie podtrzymuje poszukiwania na zasadzie nieregularnych wzmocnień. Ale nawet z tymi, którzy szukają jakiejś pełniejszej relacji jakoś się w Internecie nie można dogadać. Niby taka nieprzebrana pula ludzi, a ciężko coś wyłuskać. Chcą ten kontakt zacieśniać, proszą o numer telefonu, zdjęcia, a jak przychodzi do ustalenia spotkania, to się nagle orientują, że nie mają ochoty wychodzić z domu. Szukam drużyny na survivalowy bieg i też jakoś przez Internet nie mogę znaleźć, choć przecież dzięki dostępowi do sieci powinno mi być łatwiej odszukać pasjonatów sportu. Ostatecznie pewnie nie wezmę udziału i będę płakać wieczorami, że nic się interesującego w moim życiu nie dzieje.

Wychodzi na to, że powinnam wrócić do źródeł. Wyłączyć komputer, a przynajmniej router, wyjść na spacer i patrzyć ludziom w oczy, zapisywać się na wszystkie możliwe warsztaty teatralno-improwizacyjne, a komunikować się wyłącznie ustnie.

niedziela, 26 lipca 2015
Nie zostawaj psychoseksuologiem

Seksuologia, z dość zagadkowych względów, robi aktualnie ogromną karierę. Wszyscy chcą zostawać seksuologami. Skutkiem przedsiębiorczości bliźnich na rynku usług z tego zakresu panuje spory chaos i trzeba dużej wstępnej wiedzy profesjonalnej żeby trafić do odpowiedniego specjalisty. Sprawa jasna jest w przypadku lekarzy seksuologów, bowiem ci po prostu powinni posiadać specjalizację z seksuologii potwierdzoną odpowiednim egzaminem państwowym i wówczas mogą się tytułować specjalistą seksuologiem. Nadzór nad lekarzami o tej specjalności, tak jak nad pozostałymi, sprawują izby lekarskie. Lekarzy seksuologów jest jednak w Polsce nieco ponad 100 i nie są oni jednolicie rozmieszczeni na przestrzeni Polski. Skutkiem tego w niektórych regionach do takiego specjalisty nie sposób się dostać, szczególnie jeśli szukają możliwości odbycia wizyty refundowanej przez NFZ. Ponadto, mimo dużego rozpowszechnienia zaburzeń seksualnych w populacji ogólnej, farmakoterapia (czyli domena lekarzy) nie jest w tej dziedzinie dobrze rozwinięta. W wielu przypadkach główną metodą leczenia pozostaje psychoterapia, a nie każdy lekarz seksuolog ma w niej wykształcenie. Aby zostać psychoterapeutą trzeba ukończyć studia podyplomowe w tym zakresie.

Wobec braków kadrowych tworzy się nisza na rynku pracy wypełniana przez... psychologów, choć ci nie mają szczególnie rozbudowanego zakresu informacji dotyczących seksuologii w programie studiów. Istnieją oczywiście studia podyplomowe z zakresu seksuologii, ale te nie uprawniają do posługiwania się przez absolwentów tytułem seksuologa. Według uchwały zarządu Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego psycholog może siebie nazywać seksuologiem klinicznym tylko jeśli zdał egzamin certyfikacyjny organizowany przez to towarzystwo. Ta sama uchwała jasno także odnosi się do studiów podyplomowych z seksuologii. Problem polega na tym, że nad psychologami nie czuwa żaden organ podobny do izb lekarskich i nie funkcjonuje coś takiego jak odpowiedzialność zawodowa przed taką organizacją. Skutkiem tego tabuny psychologów z niewiedzy lub  rozmysłu tytułuje siebie seksuologami. Najczęściej mają oni ukończone studia podyplomowe na takim kierunku, nie koniecznie mają wykształcenie z zakresu psychoterapii. Bez żadnej praktyki albo po krótkim stażu otwierają gabinety i zapraszają w swoje gościnne podwoje.

Tę lukę w ofercie edukacyjnej zauważyła także najprawdopodobniej jedna z uczelni wyższych oferując studia I stopnia z psychoseksuologii. Niestety nie wiemy tak naprawdę jaki zakres obowiązków będzie mógł wykonywać absolwent takiego kierunku. W programie nauczania widnieje informacja o nauce posługiwania się wybranymi testami psychologicznymi, ale dla wnikliwego czytelnika nie jest jasne, czy absolwent tego konkretnego kierunku będzie miał prawo potem takie narzędzia zakupić i stosować. Bez takiego uprawnienia marna jego przydatność dla pracodawcy. Tymczasem Pracownia Testów Psychologicznych PTP sprzedaje większość testów jedynie osobom, które legitymują się dyplomem ukończenia studiów na kierunku psychologia. Mimo czesnego wynoszącego kilka tysięcy złotych rocznie, nie jest także jasna ścieżka zawodowa absolwenta kierunku. Widać jedynie wzmiankę o możliwości kontynuowania studiów na kierunku psychologia, co jest przecież także możliwe od razu po maturze. Na stronie internetowej z opisem kierunku znajdujemy informację, że: "Kierunek odpowiada na zapotrzebowanie na profesjonalnych edukatorów seksualnych oraz specjalistów zajmujących się seksualnością człowieka w szkolnictwie, instytucjach społecznych i medycznych, wymiarze sprawiedliwości." Ale przecież edukatorem seksualnym może być każdy, niejasne jest też co to za instytucje medyczne, bo ręczę, że szpital czy poradnia zdrowia psychicznego będą wolały zatrudnić jednak psychologa niż psychoseksuologa (?), które istnienia nie przewidują także rozporządzenia NFZ. Jeśli zaś "wymiar sprawiedliwości" oznacza biegłego sądowego, to świeżo upieczeniu absolwenci 3-letnich studiów będą zwyczajnie za młodzi na biegłego (dolna granica wieku 25 lat), zaś o tym, czy posiadają umiejętności specjalne z zakresu seksuologii ostatecznie zdecyduje prezes sądu. Wiele zależy zatem w tym względzie od szczęścia.

Zadałam sobie nieco trudu i poszukałam w internecie ofert, wciąż jeszcze formalnie nie istniejących, psychoseksuologów. W sieci pojawiają się różne przykłady praktyk o takim profilu. Pozytywne również, ale raczej te negatywne. Jednak nawet na błędach można się przecież czegoś nauczyć. Pierwszy przykład z tego zakresu to tak zwany groch z kapustą.

źródło: http://magdalenalabedz.pl/

Pani jest po prostu tak dobra, że aż robi wszystko. W głowie się kręci od mądrych terminów, a na dodatek jest uświadomiona genderowo, wszak psycholożka. Z opisu wynika, że pani prawdopodobnie ma tytuł magistra psychologii. Na razie dobrze. Dalsza lektura uświadamia nam, że pani w psychoterapii dopiero się szkoli, nie jest zatem psychoterapeutką jak o sobie napisała. Najprawdopodobniej niebawem jednak będzie. Wgryzając się w temat bardziej (mało wiedziałam o terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach), przeczytałam w sieci, że kurs TSR trwa... 7+13 dni! Co to jest w porównaniu z 4 latami szkolenia w innych nurtach!? Potem jeszcze tylko superwizje, ale te mogą się odbywać online. Nie do końca wiemy co panią psycholog wiąże z seksuologią (a za pomocą tego hasła znalazłam ją w wyszukiwarce) poza tym, że miała z tego zakresu przedmioty na studiach i zrobiła kilka kursów w CMKP i niezależnych organizacjach. Nawet o studiach podyplomowych brak wzmianki. Nie mam zaufania do takiego "life coach'a". Szukam zatem dalej i po kilku sekundach napotykam się na coś bliźniaczo podobnego.

źródło: http://www.jaroslawzabojszcz.pl/#!/page_About

Podobnie, tylko, że bardziej kwieciście. Tutaj mamy do czynienia z psychologiem, który zupełnie niepotrzebnie wymienia na jakiej ścieżce specjalizacyjnej ukończył studia. Wszystkie dyplomy są takie same, a kierunek studiów też jest jeden - psychologia. Następne pan twierdzi, że jest seksuologiem. Nie wiemy jednak czy ma certyfikat, ani na jakiej zasadzie kształcił się u osoby, na której nazwisko się powołuje. Czy był to staż?, studia podyplomowe?

I jeszcze kolejny przykład:

źródło: http://oltarzewska.com/

Wiemy, że pani jest psychologiem i kończyła studia podyplomowe z zakresu seksuologii. Na razie nieźle. Ta sama pani określa siebie mianem seksuologa, ale o certyfikacie nie wspomina. Strona internetowa zrobiona jest bardzo profesjonalnie i widać, że często aktualizowana, bo np. SWPS zyskał status uniwersytetu niecałe 2 miesiące temu. Autorka dba o zwiększanie prestiżu swojego wykształcenia. Dalej na tej samej stronie jest jednak gorzej:

źródło: http://oltarzewska.com/

Pani przedstawia wykształcenie w strawnej graficznie formie, ale chwalenie się studiami z terapii poznawczo-behawioralnej uważam za bezczelne. Pani dopiero się na nie dostała, żadne zajęcia jeszcze się nawet nie odbyły, a sam opis studiów mylnie sugeruje, że bohaterka strony dorobiła się już certyfikatu. Posiadaniem go będzie się mogła tymczasem poszczycić dopiero za cztery lata.

Na zakończenie jeszcze jeden przykład. Znacznie skromniejszy graficznie, ale jakże konkretny:

źródło: http://www.seksuolog-psychoterapia.pl/index.php/doswiadczenie-i-kwalifikacje/

Mamy do czynienia z psychologiem, ale również w dwóch linijkach tekstu znajdujemy informacje o certyfikatach, które ten psycholog posiada. Zgodnie z rozumieniem PTS faktycznie może on nazywać siebie seksuologiem. Autor nie jest gołosłowny, on nawet zamieszcza skany tych certyfikatów! Jest może mniej kwieciście, ale merytorycznie bardzo solidnie. Do takiego seksuologa bym się udała.

Ostatecznie, wydaje się, że próba chodzenia na skróty w kwestii zdobywania wykształcenia prawdopodobnie nie sprawdzi się na rynku pracy. Również nie warto iść na skróty i robić szkoły terapii trwającej miesiąc, czy przedstawiać się jako seksuolog chociaż się nim nie jest. Jest to działanie nieetyczne i mogące krzywdzić pacjentów, którzy nie orientują się tak dobrze w meandrach wykształcenia osoby, której zawierzyli swoje intymne problemy. Osobom planującym pracę jako seksuolog proponuję raczej udać się na kierunek psychologia, potem ukończyć studia podyplomowe z zakresu seksuologii i psychoterapii, a następnie przystąpić do egzaminu certyfikacyjnego PTS.

Żmudne, ale znacznie korzystniejsze i dla seksuologa i dla jego pacjentów.

piątek, 24 lipca 2015
Dobre maniery – luksus naszych czasów

Mam poczucie, że zasady dobrego wychowania umarły lub wyjechały za granicę z ostatnimi emigrantami. W Polsce zostali tylko szarzy, biedni, agresywni ludzie, którzy upadlają się chyba z rozmysłem łamiąc reguły stosowane przez ich przodków. Przypadkowe popełnianie tak wielkiej ilości gaf wydaje mi się niemożliwe, toteż podejrzewam tych osobników o działanie z premedytacją i… zapałem godnym lepszej sprawy. Zanim więc zacznę postulować wprowadzenie przedmiotu „savoir vivre” do szkół, obowiązkowych szkoleń w miejscach pracy, zanim uczynię to hasłem na sztandarach partii/ kościoła/ NGO, zdecyduję się napisać ten skromny tekst. Poniżej przedstawiam zestaw dość praktycznych reguł, których przestrzeganie ułatwia życie. Przytaczane przykłady sytuacji poglądowych są jak najbardziej autentyczne.

Chodzenie, bieganie, wymijanie

Coraz częściej zdarza mi się dostrzegać jak osoby w wąskich przejściach wykonują specyficzny taniec usiłując się wyminąć. Zazwyczaj „wygrywa” ta cięższa i bezczelniejsza z osób. Tę i podobne sytuacje rozwiązuje pamiętanie o bardzo prostej zasadzie: w Polsce obowiązuje ruch prawostronny. Tak, nawet tych, którzy wrócili ze zmywaka w Anglii. Zasada poruszania się prawą stroną ma liczne implikacje. Na przykład takie, że idąc chodnikiem należy się trzymać blisko prawego krawężnika, a nie iść falangą. Nie, to naprawdę nie jest przejaw siły grupy jeśli zajmuje się całą szerokość. Zupełnie nie rozumiem też manewru polegającego na zbliżaniu się do środka ścieżki z wysuniętym łokciem tylko po to, by za chwilę ostentacyjnie narzekać, że się zostało potrąconym przez przechodnia z naprzeciwka. Równie kiepskim pomysłem jest nagłe wyrzucanie ręki w lewo żeby akurat pokazać coś niecierpiącego zwłoki. Może dlatego mama mówiła, że nie należy pokazywać palcem? Ruch na ścieżce powinien być także przewidywalny. Doprawdy nie mam pojęcia co miała na myśli mamusia, która nagle zaczęła prowadzić wózek wężykiem zahaczając przy okazji o ścieżkę rowerową. Jak można tak bardzo nienawidzić własnego dziecka? Ruch prawostronny dotyczy osób spacerujących, biegaczy, rowerzystów i aut. Naprawdę łatwo to zapamiętać, a wtedy i z wymijaniem nie będzie problemu.

Schody do nieba

Zdecydowanie się na przemieszczanie się konkretną stroną popłaca także przy korzystaniu ze schodów ruchomych. Otóż stojąc na ruchomych schodach również warto trzymać się prawej strony, tak by spieszące się osoby mogły przejść po lewej. Nie wiedzieć czemu ludzie stają najchętniej na samym środku tych schodów. Obowiązkowo z rozstawionymi szeroko stopami oraz rączkami pod boczki i łokciami na boki. Jeśli jadą z kimś, to obowiązuje kanon całowania się z tą osobą i to najlepiej przez cały czas trwania jazdy. Im więcej śliny i dźwięków, tym lepiej. Prawdopodobnie ci jadący w górę konkurują w tej dziedzinie z tymi jadącymi w dół, ale jako że kończą bieg na zupełnie różnych piętrach, nieszczęśliwie nie udaje się rozstrzygnąć kto wygrał. Dobrą strategią jest także unikanie używania wulgaryzmów podczas jazdy schodami (i czymkolwiek innym). Osobiście byłam świadkiem jak pewien klient krzyczał za kobietą „to się, kurwa, naprawiaczka świata znalazła” tylko dlatego, że ta śmiała go wyprzedzić. Na szczęście ukucie tak wyrafinowanej odpowiedzi zajęło mu kilka sekund, więc pani zdążyła dawno już przejść i tej riposty nie usłyszała. Życie jest niesprawiedliwe, więc usłyszałam ją ja. Zresztą, wychowywanie innych na ulicy to niezbyt dobra misja. Kiedyś na tych samych schodach dziewczyna zwróciła mi uwagę, że nie powiedziałam „przepraszam”, a ją wymijam. Nie wzięła niestety pod uwagę, że tego słowa nie usłyszała podczas moich trzech prób, ponieważ zajęta była rozmową.

Wychodzenie

Jakiś czas po tym, gdy się już gdzieś wejdzie lub wjedzie przychodzi taki moment, że trzeba to miejsce także opuścić. Niestety, nawet to sprawia problem. Z niejasnych przyczyn (emigracja?), podobnie jak w przypadku znajomości zasady ruchu prawostronnego (powtarzanie matką nauki), wyginęła w Polsce populacja ludzi wiedzących, że pierwszeństwo mają wychodzący. Jest zresztą dość prawdopodobne, że była to dokładnie ta sama populacja. Pod ich nieobecność doszło w Polsce do kompletnego odwrócenia tej zasady. Byłam świadkiem jak pewna starsza pani miała pretensje, że ludzie wychodzą zamiast wpuścić ją do środka. Na marginesie, starsi ludzie są obecnie bardzo agresywni, szczególnie w środkach komunikacji publicznej. Osoby, którym trudno sobie wyobrazić, że naprawdę nie jest tak, że to oni zawsze mają pierwszeństwo przy drzwiach, proszę o pomyślenie sobie, że jeśli przepuścicie wychodzących, to zostanie więcej miejsca w środku. Dla was, tylko dla was.

Bardzo złe wrażenie robi także demonstratywne i agresywne krzyczenie „przepraszam” tylko po to, żeby wychodzący wpuścili wchodzącą. Tutaj specjalne pozdrowienia dla pani wchodzącej do sieciówki odzieżowej kilka dni temu, która zachowała się w ten sposób, a w dodatku pomyliła wózek dziecięcy z taranem kiedy jednak ci głupi zagraniczni turyści nie zeszli jej z drogi.Zasada pierwszeństwa wychodzących obowiązuje także w autobusach. Naprawdę. Zupełnie też nie ma potrzeby wpychania się do drzwi przed osoby, które stoją przed nimi dłużej i również czekają na wejście.

Zdaję sobie sprawę, że piszę o kraju, w którym żyją potomkowie Sarmatów i który buntował się przeciwko reżimom. Teraz, przy pełnych półkach sklepowych i bardziej zakamuflowanej represji, ten sam potencjał trwoniony jest na wywalczenie lepszego miejsca na chodniku, schodach, w autobusie.

A szkoda.

23:45, wildfemale
Link Komentarze (3) »
środa, 22 lipca 2015
Testy psychologiczne dla przyszłych lekarzy?

Kilka dni temu wiceminister zdrowia Beata Małecka-Libera podczas debaty "Humanizacja medycyny" zaproponowała by podczas rekrutacji na studia medyczne poszerzyć kryteria przyjęcia kandydata o rozmowę kwalifikacyjną lub testy psychologiczne. W środowisku zawrzało, a tymczasem ja chciałabym się chłodno przyjrzeć zasadności takiego pomysłu lub jej brakowi.

Lekarze generalnie nie mają dobrej prasy. Społeczeństwu wmówiono, że można od nich żądać różnych rzeczy, zwykły człowiek lekarzowi nie ufa, zaś samych lekarzy wtłacza się w system, w którym nie decydują, ale wyciąga się od nich konsekwencje ewentualnych błędów. Lekarz jest także jednym z nielicznych (jedynym?) zawodów, w którym za jeden czyn można stawać przed sądami trzech instancji jednocześnie. Lekarz to zawód zaufania publicznego.

Nie dziwi zatem, że debata na temat rekrutacji na studia medyczne wywołuje tak silne emocje. Podobnie nie zaskakuje, że minister zdrowia zajmuje stanowisko w tej sprawie. Tylko czy słuszne? Przede wszystkim, zaskakuje brak podobnej dbałości o rekrutację na kierunek psychologia. Czemu to "testy psychologiczne" (jakie?) mają być bardziej odpowiednie w rekrutacji na studia medyczne niż psychologiczne? Nie wiadomo także, dlaczego pani wiceminister skupiła się jedynie na zawodzie lekarza. Co z innymi jak pielęgniarki czy położne? Czy w ich zawodzie nie potrzeba empatii i kompetencji psychologicznych? Przecież ich kontakt z pacjentem jest często bliski, fizyczny, może być intensywniejszy czy intymniejszy niż relacja z lekarzem.

Pani wiceminister wspomina także o roli "opiekuna naukowego studenta", który ma sprawować nad nim rodzaj mentoringu, zapoznawać się z wynikami egzaminów, ale i sposobem, w jaki adept medycyny odnosi się do pacjenta. Powstaje pytanie, czy pani wiceminister sądzi, że tacy opiekunowie funkcjonują, czy też dopiero zamierza takich powołać (i wynagradzać)? Pod względem realiów studiów, kierunek medycyna nie różni się bardzo od innych. Studenci uczęszczają na wykłady, seminaria, ćwiczenia, mają kontakt z pacjentami, odbywają praktyki wakacyjne. O opiekunach naukowych jednak nikt na takich studiach nie słyszał. Student medycyny nie ma nawet promotora, gdyż studia te nie kończą się pisaniem pracy. Mimo protestów, ministerstwo zdrowia zniosło staż podyplomowy, który trwał rok i służył praktycznej nauce zawodu. Bardziej istotne stało się ograniczanie kosztów i staż został zlikwidowany. Tymczasem to właśnie w tym okresie taki opiekun-mentor miałby największą rację bytu. Ponadto, czy aby już pracujący lekarz, który nie przechodził rozmów/ testów kwalifikacyjnych, ma kompetencje do uczenia własnego studenta kontaktu z pacjentem?

Kolejną kwestią pozostaje to, kto miałby przeprowadzać ten element rekrutacji i jak zunifikować kryteria jego oceny. Rodzi się bowiem podejrzenie, że taki "test" stanie się elementem podatnym na korupcję. Obecny system rekrutacji na studia jest bardzo przejrzysty. O dostaniu się na medycynę, podobnie jak inne kierunki, decydują wyniki zdawanej zewnętrznie matury z odpowiednich przedmiotów. Jest to sytuacja znacznie korzystniejsza niż funkcjonujące niegdyś egzaminy wstępne przeprowadzane przez uczelnię. Trudno mi sobie także wyobrazić, że np. dziekan wraz z resztą komisji będą rozmawiać z każdym z kilkuset kandydatów osobno. Przy założeniu, że komisja poświęca każdemu tylko 10 minut i nie robi sobie przerw, proces taki trwałby przeszło dwie doby. A jak tu poznać człowieka przez 10 minut? Czy w godność zawodu lekarza nie godzi przeprowadzanie na niego swoistego "castingu"? I wreszcie, czy naprawdę spodziewamy się, że maturzysta wejdzie do pokoju i powie "chcę to robić dla kasy, jestem pazerną gnidą, nie obchodzi mnie drugi człowiek"?

Zatem drugim rozwiązaniem pozostają wymieniane przez wiceminister "testy psychologiczne". Nie mam jednak jasności, czy pani minister orientuje się, że jeśli mowa o narzędziach psychologicznych, to posługiwać się nimi ma prawo jedynie psycholog, w dodatku dobrze by było aby był to psycholog doświadczony w stosowaniu własnego narzędzia. Wówczas faktycznie możemy powiedzieć o prawidłowym badaniu. Kwestionariusz taki powinien spełniać tzw. kryteria dobroci, czyli być trafny, rzetelny, standaryzowany, posiadać normy i być zaadaptowany do polskich warunków. Innymi słowy, szukamy narzędzia, którego stworzenie zajęło lata i było żmudnym, wieloetapowym procesem. Nie ma w Polsce zbyt wielu takich kwestionariuszy. Na marginesie warto wspomnieć, że aby uniknąć zarzutów o dyskryminację, test taki powinien także być "culture free", czyli kultura w jakiej wychował się badany nie powinna wpływać na uzyskane przez niego wyniki. Wychodzi na to, że musiałaby zapaść jakaś centralna decyzja dotycząca tego, jakie testy wykorzystuje się w procesie rekrutacji. Nie jest dla mnie także jasne, czy testy administrować (a potem sprawdzać!) mają pracownicy zakładów psychologii uczelni medycznych czy jakaś niezależna zewnętrzna komisja. A skoro w grę wchodzi powołanie nowej komisji, to co z postulatem ograniczania kosztów? Ponownie nasuwa się także kryterium czasu, trudno sobie bowiem wyobrazić podanie kandydatowi testu trwającego 10 minut, musiałoby to trwać jeszcze dłużej niż rozmowa.

Zatem czy te testy są miarodajne? Tak, o ile spełniają wyżej wymienione kryteria dobroci i... są interpretowane w kontekście zebranego uprzednio wywiadu, czyli trwającej około godziny rozmowy w cztery oczy. W tym momencie powołanie całego niezależnego komitetu wydaje się nieodzowne i plan oszczędzania na dobre bierze w łeb. W tym momencie nawet najcierpliwszy czytelnik serwisów informacyjnych zaczyna zadawać sobie pytanie, czy aby propozycja dodatkowego kontrolowania lekarzy nie jest aby kolejną nierealną zagrywką pod publiczkę podobną do wprowadzania pakietu onkologicznego. Wracając jednak do testów, poważne wątpliwości budzi także zasadność założenia, że wyniki uzyskane przez 19-latka będą odpowiadać podejściu człowieka w trzeciej dekadzie życia, który będzie kończył studia medyczne bogatszy o wiedzę merytoryczną, ale także świadomy realiów wykonywania tego zawodu (dzięki zajęciom praktycznym z programu studiów). Przecież kandydat na studia to człowiek w późnej adolescencji, najczęściej skory do nauki, podatny na kształtowanie, ale także mający co najwyżej jakieś wyobrażenie na temat tego jak wygląda praca lekarza, a nie realne doświadczenia w tym zakresie. Jak zatem wyniki testu można ekstrapolować na realne zachowanie przy łóżku pacjenta? Wciąż do rozstrzygnięcia pozostaje także to, co ten test psychologiczny ma mierzyć. Empatię? Cechy osobowości? Jeśli tak, to według jakiej koncepcji?

Wreszcie, czy testy w ogóle są potrzebne? Nierzadko lekarz, o którym koledzy po fachu wiedzą, że posiada mierną wiedzę, jest wychwalany przez pacjentów pod niebiosa. Działa poczta pantoflowa, ludzie recenzują lekarzy w sieci na odpowiednich portalach. Staje się zatem całkiem prawdopodobne, że pacjenci zagłosują nogami i do mało empatycznego/ źle się odnoszącego lekarza po prostu nie pójdą. Również sami pacjenci mają różne oczekiwania w stosunku do lekarzy. Istnieją osoby, które oczekują uwagi, wysłuchania, długich rozmów i głaskania po ręce, zaś inni chcą być obsłużeni szybko i konkretnie, pytają o określone rozwiązania, a zainteresowanie emocjami uważają za co najmniej dziwne jeśli nie krępujące. W dodatku, istnieją różne specjalizacje medyczne. Każda z nich ma swoją specyfikę i pewnie różni się zapotrzebowaniem na poziom empatii. Wyobraźcie sobie operującego chirurga, który bardzo, bardzo wczuwa się w ból swojego pacjenta. Przecież on nie będzie w stanie dokonać pierwszego nacięcia! Pediatrzy mają w zasadzie przynajmniej dwóch pacjentów: dziecko (które rozumie świat inaczej niż osoba dorosła) i jego rodzica (często w niepokoju i nieufnego). Niektórzy radiolodzy czy patomorfolodzy w zasadzie nie rozmawiają z pacjentami, bo mają taki charakter pracy, że odpowiednio albo opisują badania obrazowe albo dokonują sekcji zwłok, czy badań śródoperacyjnych. Celowo już nie rozwijam tematu specjalizacji z zakresu psychiatrii, która wymaga szczególnych kompetencji od lekarza. Jednak czy można oczekiwać od maturzysty, że ten już na wstępie określi się, jaką specjalizację chciałby robić? Przecież nigdy wcześniej od kandydatów takich deklaracji nie oczekiwano. Mało tego, co się stanie, jak dana osoba potem tę deklarację zmieni? Będzie musiała przechodzić kolejne testy? Także podczas studiów medycznych funkcjonuje proces selekcji. Niejednokrotnie zdarza się, że ktoś ze studiów rezygnuje mimo że uważane są za tak prestiżowe. Część lekarzy rezygnuje także z pracy z pacjentem, a zamiast tego robi coś innego, np. praca naukowa w laboratorium, przedstawicielstwo w firmie medycznej.

Można odnieść wrażenie, że propozycja wprowadzenia testów jest niczym innym, jak próbą wtłoczenia społeczeństwu do głowy, że w polskiej służbie zdrowia wszystko działałoby świetnie, gdyby nie... lekarze. Oczywiście nieodpowiedni i tacy, którzy nie przeszli certyfikujących ich tajemniczych testów.

Pozostaje jedno pytanie: Kto będzie testował kandydatów na członków komisji testującej? Przecież do tak odpowiedzialnej funkcji też trzeba nie lada predyspozycji.

Bibliografia:

http://www.mp.pl/kurier/123841

http://www.mp.pl/kurier/123945

piątek, 17 lipca 2015
Striptiz męski i kobiecy

Jak często myślicie o striptizie? Ja nieczęsto. Wydawało mi się, że bardzo dobrze wiem jak wygląda, ale nie zastanawiałam się nigdy skąd ta wiedza pochodzi. Po głębszym zastanowieniu wychodzi na to, że z filmów. Męski striptiz obejrzałam po raz pierwszy w życiu dopiero w tym tygodniu. Niemniej jednak najpierw podzielę się kilkoma refleksjami na temat drastycznych, w moim odczuciu, różnic dotyczących striptizu męskiego i damskiego.

Pierwsza różnica dotyczy terminologii. O ile kobiety rozbierające się by podniecić mężczyzn jednoznacznie dokonują striptizu, ewentualne biorą udział w peep show (dawno nie widziałam tego słowa, są w Polsce jeszcze peep showy?), o tyle już mężczyźni dokonują tańca erotycznego. W słowniku występuje słowo "striptizer", ale prawie się go powszechnie nie używa. Amatorki piękna męskiego ciała mogą raczej iść na występy czipendejlsów czy tancerzy erotycznych.

Niejasna jest też motywacja kobiet, które chodzą na takie występy. To znaczy, nieoficjalnie wszyscy wiemy o co chodzi (podniecenie? "wyzwolenie"?), ale oficjalnie kobieta ma iść na występ tancerza po uniesienia niemalże artystyczne (aktywność kory nowej, a nie wzmożony przepływ krwi przez miednicę). On ma ją inspirować do subtelnych fantazji. Klient striptizerki idzie do niej po prostu po podniecenie, chęć realizacji z nią swoim potrzeb seksualnych. W skrytości ducha wszyscy podejrzewamy, że striptizerki są także prostytutkami, ale tak do końca nikt nie wie. Zwłaszcza, że część klubów oficjalnie twierdzić będzie, że te funkcje absolutnie nie są łączone. Natomiast w sąsiedztwie innych klubów z tancerkami znajdziemy tanie pokoje na godziny i raczej nie podejrzewamy, że służą one intymnym tete a tete poświęcanym rozmowom o sztuce tanecznej.

Także technika, czy może lepiej powiedzieć strategia, striptizu jest inna w zależności od płci tańczącego. Od striptizerki oczekuje się, że rozbierze się ona całkowicie. Ewentualnie może zostać w mało (moim zdaniem) gustownych nakładkach na sutki. Nakładek owych dotyczy zresztą "figura taneczna", która nawet doczekała się swojej nazwy - mianowicie tassel twirl. Oczekiwanie od kobiety całkowitej nagości ma swoje głębokie uzasadnienie. Tego właśnie pragną mężczyźni, których wyobraźnia erotyczna jest bardzo konkretna, graficzna. Również sam źródłosłów terminu "striptiz" wskazuje na kuszenie nagością. Striptizerka ma kusić całą widownię, staje się od niej niejako zależna. Jeśli chce otrzymywać napiwki powinna robić to, czego się od niej oczekuje. Nie wybiera sobie także od kogo te napiwki otrzymuje. Natomiast tancerze erotyczni nie rozbierają się całkiem. Moim skromnym zdaniem jest to dobry zabieg. Kobiety także lubią popatrzyć na ładne męskie ciało, ale lubią jednocześnie, gdy coś pozostaje dla wyobraźni. Rozbierający się mężczyzna robi wszystko by nie być od widowni zależnym. Sam wybiera sobie dziewczęta, które go dotkną. Nie łasi się o napiwki w sposób oczywisty, choć na pewno mu na nich zależy. Decyduje się na pracę polegająca na zadowalaniu pań, ale za wszelką cenę tworzy iluzję, że to on zaspokaja własne potrzeby uwodzenia i podobania się kobietom. Dodatkowo, przeciętny mężczyzna jest zazwyczaj silniejszy fizycznie niż przeciętna kobieta. Jeszcze jeden powód by dobrze zbudowany heros dominował. Striptizer epatuje dumą ze swojej profesji, kobieta wstydzi się występu w nocnym klubie.

Kolejną interesującą kwestią pozostaje kanon reakcji widowni na striptiz. Co robią mężczyźni, tak naprawdę nie wiem. Jeśli wierzyć filmom, w ciszy sączą drinka z posępną miną i udają, że nic a nic ich ta kobieta na podium nie obchodzi. Kobiety natomiast są bardzo głośne, inwazyjne, zachłanne, wręcz agresywne. Mam wrażenie, że realizują one w ten sposób skrypt tego, jak wydaje się im, że powinny się zachowywać. Stanowi to swoistą nadkompensację, a może próbę pokrycia zmieszania. W dodatku, istnieje wśród kobiet na widowni jakieś poczucie zobligowania do odczuwania wdzięczności za występ striptizera czy za to, że poprosił właśnie je do tańca. Może to być wpływ różnej socjalizacji kobiet i mężczyzn, ale także psychologiczny efekt tworzenia heurystyki niedostępności przez samego tancerza.

Czuję, że powinnam jeszcze trochę tańców erotycznych obejrzeć, by wzbogacić materiał do analiz;)

Przy pisaniu tego tekstu korzystałam z następujących materiałów:

12 of the sexiest striptease scenes in film - niestety niewiele w tym tekście fragmentów filmów i czytelnik zmuszony jest sam ich szukać na YT

Top 10 movie stripteases

poniedziałek, 13 lipca 2015
Rozwój osobisty

Rozwój osobisty to bardzo wyświechtane słowo. Podobnie jak "coaching", czy "trener rozwoju osobistego", który nie wiadomo co robi i jakie ma wykształcenie, ale wiemy, że jest dla bogatych i postępowych z dużego miasta. W moim rozumieniu rozwój (czy może być jakiś nasz rozwój nie będący "osobistym"?) to znany od wieków proces, który na szczęście nie jest zarezerwowany dla jakiejś wybranej grupy ludzi. Jest on dostępny wszystkim, a nawet zachodzi dość spontanicznie. Pewnie osoby z wyższym poziomem intelektualnym i młode (dzieci) rozwijają się szybciej, ale nie pomijałabym rozwoju także u innych. Na przykład u mnie;)

Nieoczekiwanie okazało się, że rozwojowe dla mnie są rzeczy, których się najbardziej boję. Przynajmniej taki etap mam teraz w życiu. Gdyby powiedziano mi kilka lat temu, że będę miała na to ochotę, z pewnością postukałabym się w czoło. Na szczęście tylko krowa nie zmienia poglądów. Gdyby mnie zapytać o pierwsze skojarzenie ze słowem "rozwój osobisty", powiedziałabym "psychoterapia". Tymczasem aspekty psychoterapeutyczne odkrywam w zajęciach prowadzonych przez nie-terapeutę i nie mających takiego założenia. Czyżbym sama stała się własnym terapeutą? Nigdy nie spodziewałam się, że stanie się to tak szybko.

Ostatnią sobotę spędziłam na kilkugodzinnym warsztacie improwizacji teatralnych. Zajęcia te miały służyć poprawianiu zdolności do wystąpień publicznych, ale nie z tego względu na nie poszłam. Ideałem z pewnością nie jestem, ale jestem dobrym mówcą i potrafię interesująco zaprezentować zagadnienia z zakresu których jestem ekspertem. Po co zatem inwestować czas i pieniądze w jeszcze jeden warsztat?

Najprostsza odpowiedź brzmi, że miałam ochotę doświadczyć czegoś nowego. I doświadczenie to mile mnie zaskoczyło. Dostałam dużo dobrych emocji od innych, a to nieczęsto się zdarza. Zazwyczaj idąc ulicą mam ochotę rzucać nożami. Tym razem nie poczułam się samotna, okazało się, że w 11-osobowej grupie większość stanowią mężczyźni (co zawsze jest dla mnie miłe), a ponadto, że wszyscy jesteśmy w podobnym wieku (spodziewałam się, że będą osoby dużo ode mnie młodsze). Dodatkowo, osoby prowadzące warsztat umiały stworzyć taką atmosferę, że poczułam się dość swobodnie. Nie zdarza mi się to często. Cóż za idealne warunki do uruchomienia procesu terapeutycznego w czymś, co terapią nie jest. Po raz pierwszy zrozumiałam dlaczego ludzie z problemami chodzą na zajęcia teatralne. Moje zajęcia prowadziły dwie doświadczone improwizatorki, w tym jedna z wykształceniem aktorskim.

Każda kolejna godzina była dla mnie zaskoczeniem. Nie dlatego, że ja mam taki wybitny talent. Ja nawet dobrze nie improwizuję. Tylko, że przy takim poziomie nowości doświadczenia, także moje kryteria oceny siebie złagodniały. A ja zazwyczaj mam dla siebie tak mało współczucia. Celem stało się dla mnie samo ukończenie wyścigu, a nie pierwszeństwo na mecie. Zrobiłam tyle głupich rzeczy, co pewnie przez cały poprzedni rok (życie?) i okazało się, że nadal żyję. Wszyscy żyją, a niektórych nawet to bawi. Bardzo przyjemne doświadczenie.

Nabrałam takiego rozpędu, że w trakcie przerwy obiadowej zdarzyło mi się wyrazić swoje niezadowolenie wprost (wyjątkowo nieprofesjonalna obsługa w fast-foodzie). Poczułam się dobrze. Poczułam więcej kontroli nad własnym życiem. Pracowałam z własnym ciałem, grałam w gry improwizowane i z zaskoczeniem odkrywałam, że coś co dotychczas obserwowałam tylko na scenie w wykonaniu innych znajduje się także w zasięgu moich możliwości. Im więcej mam w sobie naturalności, prawdy, tym bardziej jest to strawne. Ostatecznie innym można dać tylko (aż?) siebie. Niemożliwe jest spełnienie wszystkich oczekiwań na raz. Szczególnie jeśli się te oczekiwania nie do końca dobrze zna. Ba! To otoczenie samo do końca nie wie czego chce i nie zna w pełni swoich motywów.

Gdyby ktoś powiedział mi, że na koniec zajęć będę musiała zagrać improwizowaną scenkę z grupą obcych mi ludzi, najprawdopodobniej nie wróciłabym po przerwie. Tak, jak wprost nie znoszę być oszukiwana, tak tym razem jestem wyjątkowo wdzięczna prowadzącym, że nie uprzedzały nas o tym jak zamierzają te warsztaty kończyć. Poszłam, poćwiczyłam i... przeżyłam. Wykonałam kawał pracy nad sobą. Zauważyłam strategie, do których często się uciekam, kiedy jestem w grupie. Na szczęście, w tym przypadku życzliwość grupy dała mi płaszczyznę na przećwiczenie czegoś nowego. Dałam sobie prawo, by kogoś nie lubić (dwudziestoparoletni gość, który nie wiadomo ile firm uratował pracując jako psycholog;)). Staram się też nie obrazić od razu na cały świat, bo to jest bardzo wygodna strategia, ale niewiele rozwiązuje. Narzuciłam sobie zasadę zaangażowania, czyli tego, że przynajmniej podejmę próbę wykonania proponowanych mi zadań zamiast od razu zakładać, że nie podołam, nie chcę, wstydzę się. Zrezygnowałam ze zniekształcenia poznawczego, że wszyscy inni mają łatwiej/ mniej się boją/ mają więcej doświadczenia w improwizacji niż ja, co było ruchem we właściwą stronę.

Podobnego uniesienia doświadczyłam podczas zajęć z terapeutką tańcem, w których uczestniczyłam kilka miesięcy temu. Również się bałam, ale przełamałam ten lęk, angażowałam się, a w nagrodę tak wiele dostałam w zamian, że ciężko mi było z zajęć wyjść. Podobnie jak w psychoterapii, podczas zajęć tanecznych, czy teatralnych, im więcej się włoży, tym więcej można uzyskać w zamian. Zupełnie jakbym było mi łatwiej pracować, wzruszać się, zbliżać do różnych ważnych wątków kiedy używanie do tego słów jest znacznie ograniczone, albo nie stanowi konieczności. Oczywiście, mam świadomość, że moje uniesienie jest krótkotrwałe i towarzyszy mi poczucie żalu, że nie utrzyma się dłużej. Prawdopodobnie przy następnych tego typu zajęciach znów zacznę z dość wysokim poziomem lęku, ale to tylko znaczy, że powinnam tego robić więcej. Wszystko zanim stało się proste, wcześniej było trudne.

Czy może istnieć piękniejsza motywacja do życia?